Nowy symbol Rosji – Aleksander Newski

alexander-nevsky

W trwającym ponad pół roku konkursie na najpopularniejszą postać historyczną zwyciężył średniowieczny książę Aleksander Newski. W zakończonym właśnie konkursie „Imię Rosji” przez Internet i telefon oddano w sumie 50 mln głosów. Zwyciężył XIII-wieczny strateg i wódz Aleksander Newski, który obronił Ruś przed Szwedami, a także odparł najazdy Litwinów, Niemców i Tatarów.

Na drugim miejscu znalazł się carski premier Piotr Stołypin, a na trzecim komunistyczny dyktator Józef Stalin. Kolejne zajęli Aleksander Puszkin, Piotr Wielki i Włodzimierz Lenin.

Aleksander Newski (ur. 30 maja 1220 w Perejasławiu Zaleskim, zm. 14 listopada 1263 w Grodźcu) – święty prawosławny, książę Nowogrodu Wielkiego od 1236, wielki książę włodzimierski z dynastii Rurykowiczów. Syn Jarosława II, wnuk Wsiewołoda III Wielkie Gniazdo.

W 1236 został obrany księciem Nowogrodu. W tym czasie ze wschodu nadciągały ordy tatarskie, na zachodzie coraz większe zagrożenie stwarzali Kawalerowie Mieczowi, a z północy zaczęli zagrażać Szwedzi. Pokonał ich w roku 1240 nad Newą, stąd wziął się jego przydomek. W 1242 zwyciężył Niemców i wyzwolił miasto Psków oraz odniósł słynne zwycięstwo nad wojskami zakonu Kawalerów Mieczowych na zamarzniętym jeziorze Pejpus (Czudzkim), co zapobiegło ich ekspansji na ziemie ruskie.

Następnie pokonał najeżdżające Ruś wojska litewskie. Będąc doskonałym dyplomatą, jednocześnie zawierał z Tatarami okresowe porozumienia. W 1249 przyjął tytuł księcia kijowskiego, a w 1252 – wielkiego księcia włodzimierskiego. W 1257 odbył wraz z Tatarami ekspedycję karną do Nowgorodu, powstrzymującego się z wypłatą danin.

W 1263 złożył śluby zakonne i przyjął imię Aleksy. 14 listopada tego samego roku zmarł, a jego ciało spoczęło we Włodzimierzu nad Klaźmą. W 1724 przewieziono je do Ławry Aleksandra Newskiego w Petersburgu, gdzie znajduje się do dnia dzisiejszego.

W 1547 został kanonizowany przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną.

Boże Narodzenie 2008

jezus-chrystus

Wszystkim czytelnikom bloga składam życzenia spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia. Tak jak kolejny raz będziemy przeżywać narodzenie Naszego Pana i Króla, tak samo czekajmy na odrodzenie cnót rycerskich Europejczyków.

Egzekucja Marszałka Iona Antonescu

Ion Antonescu, rumuński polityk, marszałek.

Brał udział w I wojnie światowej jako oficer Armii Rumuńskiej. 1918-1919 brał udział w stłumieniu rebelli chłopskiej w rej. Gałacza oraz walce z samozwańczą Węgierską Republiką Rad. Od 1933 szef Sztabu Generalnego i od 1934 zarazem Minister Obrony Rumunii. Został zdymisjonowany i aresztowany. Jednak w rok po tym zdarzeniu na skutek nacisków wywieranych na króla przez środowisko wojskowe został w 1938 mianowany ministrem wojny Rumunii. Powołany w 1940 r. przez króla Karola II na stanowisko premiera objął 4 września faktyczną władzę dyktatorską, którą sprawował przy pomocy faszystowskiej Żelaznej Gwardii. Dwa dni po objęciu władzy oświadczył, że Rumunia jest gotowa czynnie współpracować z Niemcami. 5 września 1940 ogłosił siebie “conducatorem” i pozwolił III Rzeszy na wprowadzenie wojsk do Rumunii.Kilka dni później jak został premierem król Karol II abdykował na rzecz swojego syna Michała I.

23 listopada 1940 r. podpisał układ o przyłączeniu Rumunii do Paktu Trzech. W czerwcu roku 1941 podczas spotkania z Adolfem Hitlerem powiedział, że Armia Rumuńska jest gotowa wziąć udział w walkach na froncie wschodnim. Liczył, że dzięki obecności w obozie zwycięzców (jakimi miały być państwa Osi) Rumunia odzyska Besarabię i Bukowinę które utraciła na rzecz Związku Sowieckiego.

Gdy 12 kwietnia 1944 dotarła do niego propozycja sowiecka dotycząca zaprzestania działań wojennych, Antonescu pozostawił ją bez odpowiedzi.

Po wkroczeniu do Rumunii Armii Czerwonej i klęsce rumuńskiej 4 Armii, 23 sierpnia 1944 król Michał I próbował przekonać Antonescu do ogłoszenia zawieszenia broni. Gdy dyktator odmówił, został aresztowany i uwięziony (w schowku na znaczki!), a świeżo sformowany przez króla rząd wydał rozkaz przerwania walk z Armią Czerwoną. Na żądanie Stalina niedawny conducator został przekazany Sowietom i 3 września przewieziony do Moskwy. Jego proces rozpoczął się jednak w Bukareszcie 6 maja 1946. Został skazany na karę śmierci i rozstrzelany.

Holenderskie CV90

CV90 produkowane są od 15 lat. Znajdują się w wyposażeniu jednostek zmechanizowanych Szwecji (509 egz. najstarszych wersji produkcyjnych), Finlandii (102), Szwajcarii (186 egz.) i Norwegii (104). Holenderskie CV90 są pierwszymi, wyposażonymi w nowe działka Bushmaster III – wersja szwedzka została uzbrojona w działko Boforsa kalibru 40 mm, pozostałe wersje eksportowe, w Bushmastery II kalibru 30 mm.

Zastępca dowódcy holenderskich wojsk lądowych przyjął oficjalnie do służby pierwsze 5 bwp CV90. Łącznie ma ich być 192 egz. Pojazdy zostały przejęte od agencji zamówień wojskowych DMO, która była odpowiedzialna m.in. za przeprowadzenie testów zdawczo-odbiorczych, poprzedzających włączenie CV90 do służby.

Holendrzy zamówili 184 bwp w szwedzkim BAE Hagglunds, w grudniu 2004. Wartość kontraktu wyniosła 749 mln Euro. Później liczbę wozów zwiększono do 192 egz. Pojazdy występują w dwóch wersjach: podstawowej i dowodzenia. Załogi obu składają się z 3 żołnierzy. Standardowy bwp przewozi 7 żołnierzy desantu, a wersja dowodzenia – 4 osoby.

Wersja holenderska jest najbardziej zaawansowana technicznie, wśród wszystkich wykorzystywanych obecnie modeli CV90. Oznaczona przez nowego właściciela jako CV90035NL, została wyposażona w automatyczne działko Bushmaster III, kalibru 35 mm, nowe systemy obserwacji nocnej, SKO i urządzenia łączności. Ma także wzmocnione opancerzenie (podstawowa wersja chroni przed ostrzałem pociskami kalibru 14,5 mm).

Przekazanie ostatnich pojazdów przewidziane jest na 2011. Razem z finalizowanymi obecnie dostawami 440 samochodów rozpoznawczych Fennek i planowanymi na lata 2011-2016 dostawami 200 transporterów opancerzonych Boxer, pozwoli to na wymianę większości floty gąsienicowych YPR-765, czyli zmodernizowanych wersji M113, z których najstarsze mają już ok. 30 lat.

Białoruś a języki narodowe na Mszy

Jak podaje PAP polscy księża muszą zrezygnować z działalności duszpasterskiej na Białorusi. Marina Cwilik z biura pełnomocnika białoruskiego rządu ds. religii i narodowości tłumaczyła, że księża “nie władają językami państwowymi obowiązującymi w Republice Białoruś”.

Wierni uważają, że władzom nie podobało się to, że księża odprawiali msze po polsku. Z nieoficjalnych informacji wynika, że do Polski będzie zmuszonych wrócić także kilku duchownych i siostry zakonne z diecezji mińsko-mohylewskiej.

Po raz pierwszy grupowo wyrzucono polskich księży z Białorusi w 2006 roku, gdy do kraju wróciło siedmiu proboszczów z parafii w diecezji grodzieńskiej, gdzie w kościołach dominuje język polski.

Widzimy zatem, jak zgubny wpływ miało wprowadzenie języków narodowych do liturgii Kościoła Katolickiego, co powoduje wykorzystywanie KrK w bierzących rozgrywkach politycznych.

K. I. Gałczyński: Polska wybuchła w roku 1937

Na tych, co biorą wody w usta,

na czytelników wuja Prousta,

na skamandrytów, na hipokrytów,

kalamburzystów rozmaitych

ześlij, zepchnij, Aniele Boży,

Noc Długich Noży.

K. I. Gałczyński

Indie i Pakistan na skraju wojny

Przedstawiciele Stanów Zjednoczonych twierdzą, że siły powietrzne indyjskiej armii rozpoczęły przygotowania w celu ataku na Pakistan. Ma to być następstwo ostatnich zamachów w Bombaju, w których życie straciło ponad 160 osób – informuje serwis CNN.

Trzech anonimowych pracowników Pentagonu potwierdziło te rewelacje telewizji CNN. Powiedzieli oni, że siły powietrzne Indii zostały postawione w stan gotowości. Oznacza to, ze Pakistan i Indie znalazły się jeszcze bliżej wojny, niż wcześniej przewidywali eksperci od stosunków regionalnych.

Według przedstawicieli Pentagonu, Indie zamierzają podjąć akcję zbrojną przeciwko obozom terrorystów znajdujących się na terytorium Pakistanu. Amerykanie, dowiedziawszy się o tych przygotowaniach, próbowali skłonić władze Indii do porzucenia tego pomysłu, lecz próby te nie przyniosły żadnego skutku.

Komandor Mahesh Upasani, rzecznik indyjskiej armii, nie chciał skomentować doniesień CNN.

Julius Evola: „Cywilizacja” amerykańska

Niedawno tragicznie zmarły John Dewey obwołany został przez amerykańską prasę osobowością najbardziej reprezentatywną dla cywilizacji amerykańskiej. Całkiem słusznie. W jego teoriach odnajdziemy wizje człowieka i egzystencji stanowiącą podstawę amerykanizmu i tamtejszej „demokracji”.

Istota jego rozważań polega na założeniu, że każdy w granicach wyznaczonych przez środki technologiczne, jakimi dysponuje, może stać się tym, kim chce być. Zatem jednostka nie jest zdeterminowana przez prawdziwą naturę swej osobowości; nie istnieją różnice między ludźmi, a jedynie różnice w ich kwalifikacjach. Z teorii tej wynika, że można zostać kim się chce pod warunkiem odpowiedniego przeszkolenia.

Właśnie tak przedstawia się koncepcja self-made-mana (człowieka samokreującego się – przyp.tłum.); w społeczeństwie, które zerwało wszelkie więzi z tradycją, motyw kariery osobistej przejawia się w każdym aspekcie ludzkiej egzystencji, posiłkując się egalitarną doktryną totalnej demokracji. Jeśli przyjąć zasadnicze elementy tej idei, konieczne jest zanegowanie wszelkiej naturalnej różnorodności. Każda jednostka może wówczas rościć pretensje do przejęcia potencjału kogokolwiek innego, a pojęcia „lepszy” i „gorszy” tracą znaczenie; traci sens wszelki dystans i szacunek, dopuszczalny jest wybór każdego stylu życia. Koncepcjom organicznym ludzkiego życia Amerykanie przeciwstawiają koncepcje mechanicystyczne. W społeczeństwie, które „zaczynało od zera”, wszystko nosi znamiona sztuczności. W społeczeństwie amerykańskim o wizerunku nie stanowi twarz, lecz maska. Jednocześnie wielbiciele amerykańskiego stylu życia są wrogo nastawieni wobec osobowości.
Przypisywana Amerykanom jako zaleta „otwartość umysłu” stanowi odbicie ich wewnętrznej nijakości. Podobnie sprawa wygląda z ich „indywidualizmem”. Indywidualizm i osobowość to dwie różne rzeczy: ten pierwszy należy do bezkształtnego świata ilości, zaś osobowość znajduje się w domenie jakości i hierarchii. Amerykanie są żywym zaprzeczeniem kartezjańskiego „myślę, więc jestem”: nie myślą, a mimo to są. Ich prymitywnym umysłom brak charakterystycznego rysu, co sprawia, iż podatni są na wszelkie formy standaryzacji.
W cywilizacjach wyższego rzędu, na przykład w indoaryjskiej, istotę pozbawioną własnej osobowości i przynależności kastowej (w prawdziwym znaczeniu tego terminu) zaliczono by nawet nie do sług czy siudrów, lecz do szeregu pariasów. W pewnym sensie Ameryka jest ojczyzną pariasów. Jednak pariasi mają też swoją rolę. Jest nią podporządkowanie się istotom posiadającym osobowość i kierującym się ściśle określonymi prawami. Tymczasem nasi współcześni pariasi uzurpują sobie prawo do dominacji i rozciągają swą władzę nad całym światem.

Szeroko rozpowszechniony jest pogląd, jakoby Stany Zjednoczone były „młodym państwem z wielką przyszłością”. Oczywiste ułomności składa się na karb „młodzieńczych błędów” i „porodowych bólów”. Nietrudno dostrzec jak znaczącą rolę w takich osądach odgrywa mit „postępu”. Zgodnie z przekonaniem, iż to, co nowe, musi być lepsze, mówi się o kluczowej roli Ameryki pośród cywilizowanych państw. Stany Zjednoczone wystąpiły zatem w I wojnie światowej w imieniu „cywilizowanego świata” par excellence. „Najbardziej rozwinięty” naród ma przecież nie tylko prawo, ale i obowiązek interweniowania w sprawach innych ludów.

Jednak dzieje ludzkości przebiegają nie w sposób ewolucyjny, lecz cykliczny. Najmłodsze cywilizacje nie są więc, bynajmniej, „najlepsze”. W praktyce mogą być nawet starcze i zepsute. Pomiędzy najbardziej zaawansowanymi a najprymitywniejszymi etapami dziejowego rozwoju istnieją określone zależności. Ameryka obrazuje schyłkową epokę wspólczesnej Europy. Guenon określił Stany Zjednoczone mianem „Dalekiego Zachodu”, pragnąc zaznaczyć, iż reprezentują one reductio ad absurdum najbardziej negatywnych i starczych aspektów cywilizacji zachodniej. Zaczątki symptomów rozkładu, kulturowego i człowieczego regresu występującego w śladowej formie w Europie, odnaleźć można w dużym powiększeniu i stężeniu w Ameryce. Mentalność amerykańska to nic innego, jak przykład procesu regresji objawiającej się atrofią zainteresowania dziedziną ducha i niezrozumieniem wyższych poziomów percepcji. Umysł amerykański ogranicza swe horyzonty do spraw doczesnych i elementarnych, co prowadzi do postrzegania świata w sposób banalny, uproszczony i przyziemny, aż do zaniku życia duchowego. Istnienie redukowane jest do kategorii czysto mechanicznych. Samoświadomość sprowadza się wyłącznie do wymiaru cielesnego. Typowy Amerykanin nie zna duchowych rozterek i dylematów: jest „urodzonym” klakierem i konformistą.

Porównanie prymitywnego umysłu amerykańskiego do umysłu młodego jest z gruntu fałszywe. Amerykańska umysłowość charakteryzuje się cechami społecznego regresu, o czym już wspominałem.

Amerykańska moralność

Ukazywany w filmach, dokumentach i reklamówkach, głoszony wszem i wobec powab amerykańskich kobiet polega w dużej mierze na fałszu. Przeprowadzone niedawno w Stanach Zjednoczonych badania lekarskie dowiodły, iż tamtejsze młode przedstawicielki płci żeńskiej pozbawione są seksualnego pożądania; miast zaspokojenia swego libido, uciekają w narcystyczny ekshibicjonizm, próżność oraz kult zdrowia i siły w bardzo sterylnym wydaniu. Amerykańskie dziewczyny „nie mają zahamowań w sprawach seksu”; są „łatwe” wobec mężczyzn, dla których stosunek płciowy jest celem samym w sobie i nie wiąże się z niczym więcej. To dlatego po wizycie w kinie czy na potańcówce dziewczyna bez oporów pozwala się całować – nic to dla nie znaczy. Amerykanki charakteryzują się niebywałym chłodem uczuć i materializmem. Mężczyzna, który „wiąże się” z którąś z nich, zobowiązuje się do jej utrzymania. Materia to domena kobiety! Oto dowody. W przypadku rozwodów amerykańskie prawo zdecydowanie faworyzuje kobiety. Dlatego chętnie występują one o rozwód, gdy tylko dostrzegą perspektywę większego zysku. Często zdarza się, że planująca zamążpójście kobieta jest już „zaręczona” z następnym przyszłym mężem, którego ma zamiar poślubić po intratnym rozwodzie z poprzednim.

„Nasze” amerykańskie media

Amerykanizacja w Europie zatacza coraz szersze kręgi i nie da się jej zakwestionować. W powojennych Włoszech jej fala gwałtownie rośnie i spotyka się z entuzjazmem, a przynajmniej z akceptacją, większości społeczeństwa. Pisałem już kiedyś, że z dwóch wielkich niebezpieczeństw zagrażających Europie – amerykanizmu i komunizmu – pierwsze z nich jest bardziej zdradliwe. Zagrożenie komunistyczne przybiera bowiem formę brutalną i katastrofalną; oznacza bezpośrednie przejęcie władzy przez komunistów. Tymczasem amerykanizacja postępuje metodą stopniowej indoktrynacji, wiążącej się ze zmianami mentalności i przekształceniami na poziomie drugorzędnej sfery obyczajowości, czego skutkiem jest zasadniczy przewrót i rozkład, którym przeciwdziałać można tylko prowadząc walkę wewnętrzną.

Właśnie ta wewnętrzna batalia kończy się dla większości Włochów przegraną. Zapominając o własnym dziedzictwie kulturowym, zwracają się ku Stanom Zjednoczonym widząc w nich opiekuńczego przewodnika po świecie. Każdy, kto chce uchodzić za nowoczesnego, powinien przystawać do amerykańskich standardów. Widok tak poniżającego się kraju europejskiego jest żałosny. Ów podziw dla Ameryki nie ma przecież nic wspólnego z kulturalnym zainteresowaniem sposobem życia innych ludzi. Przeciwnie, serwilizm wobec Stanów Zjednoczonych prowadzi do przekonania, że żaden inny styl życia nie może równać się amerykańskiemu.

Nasze rozgłośnie radiowe uległy amerykanizacji. Nie zważając na jakiekolwiek kryteria wartościowania, podążają za modnymi tematami chwili i badają rynek zagadnień „akceptowanych” – preferowanych przez najbardziej zamerykanizowaną część odbiorców, a zatem zbiór najgorszych degeneratów. Pozostałym nie zostawia się możliwości wyboru. Amerykanizacji uległ nawet styl radiowych prezenterów. „Czy po wysłuchaniu amerykańskiej audycji w radiu można uniknąć przerażenia, gdy nagle zdajemy sobie sprawę, że jedynym ratunkiem przed komunizmem jest amerykanizowanie się?” Nie są to słowa jakiegoś europejskiego obserwatora, lecz amerykańskiego socjologa, profesora Uniwersytetu w Princeton, Jamesa Burnhama. Takie zdanie wypowiedziane przez Amerykanina powinno okryć włoskich radiowców rumieńcem wstydu.

Skutkiem demokracji po hasłem „pilnuj swoich interesów” jest zaczadzenie większej części społeczeństwa, które nie potrafi dokonywać samodzielnych wyborów, i które, gdy brak mu przewodniej siły ideału, niezwykle łatwo traci poczucie tożsamości.

Ład przemysłowy w Ameryce

W swej klasycznej rozprawie o kapitalizmie Werner Sombart określił późne stadium formacji kapitalistycznej przysłowiem fiat producto, pareat homo. W tej skrajnej formie kapitalizm sprowadza wartość człowieka wyłącznie do wartości produkowanych przez niego dóbr, bądź wynalezionych przezeń środków produkcji. Doktryny socjalistyczne wyrosły właśnie z uwagi na ten brak uwzględnienia czynnika ludzkiego.

Początek nowego etapu miał miejsce właśnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie pojawił się wzrost zainteresowania tzw. stosunkami pracy. Choć mogło się wydawać, iż przyniesie to poprawę sytuacji, w rzeczywistości było to zjawisko szkodliwe. Przedsiębiorcy i pracodawcy zwrócili uwagę na znaczenie czynnika ludzkiego w ekonomii produkcji; doszli do wniosku, że błędem jest nieprzywiązywanie wagi do jednostki stanowiącej część systemu industrialnego; do jej motywacji, uczuć, dnia powszedniego. W ten sposób pojawiła się odrębna dyscyplina naukowa badająca reakcje międzyludzkie w przemyśle w oparciu o behawioryzm. Zwięzłej analizy zachowań i motywacji pracowników dostarczyła m.in. praca B.Gardnera i G.Moore’a pt. „Stosunki międzyludzkie w przemyśle” (ang. „Human Relations in Industry), której wyraźnym celem było określenie skutecznych środków prowadzących do wyeliminowania przeszkód na drodze do maksymalizacji produkcji. Publikacje takie z pewnością pojawiły się z inspiracji menedżerów, wspomaganych przez akademickich ekspertów. Analizy socjologiczne uwzględniają nawet nastroje społeczne pracowników. Badania te mają znaczenie praktyczne; rola psychicznego komfortu pracownika jest równie istotna, jak zachowanie jego dobrej kondycji fizycznej. W przypadku, gdy pracownik wykonuje pracę monotonną, która nie wymaga od niego większej koncentracji, nauka przestrzega przed „zagrożeniem”, że jego myśli mogą pójść w kierunku, który niekorzystnie odbije się na wynikach pracy.

Nie zapomina się też o życiu prywatnym pracownika – pojawiło się tzw. doradztwo personalne. Do zadań specjalistów. Do zadań specjalistów należy rozwiewanie lęków i obaw, rozwiązywanie problemów psychicznych i „kompleksów utrudniających adaptację”, a nawet doradztwo w sprawach najbardziej osobistych. Do wykorzystywanych technik psychoanalitycznych należy nakłonienie pacjenta do ”otwartej rozmowy”, której wynikiem ma być swoiste katharsis zwieńczone ulgą.

Wszystko to nie ma związku z duchowym doskonaleniem czy jakimikolwiek rzeczywistymi ludzkimi problemami w rozumieniu Europejczyka, nawet obecnego „wieku ekonomii”. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny człowiek traktowany jest jak dzika bestia, a posłuszeństwo wymusza się terrorem i głodem. W Stanach Zjednoczonych człowiek jest również postrzegany w kategoriach pracy i konsumpcji, przy czym nie pomija się aspektów jego życia wewnętrznego – wszystko znajduje się pod pełną kontrolą. Na tej „ziemi obiecanej” każdemu, nawet przeciętnemu człowiekowi sugeruje się, iż osiągnął stopień szczęśliwości, o którym marzyły całe pokolenia. W ten sposób zapomina kim jest, skąd pochodzi, i zatapia się bez reszty w teraźniejszości.

Amerykańska demokracja przemysłowa

Pomiędzy deklarowanymi zasadami dominującej ideologii politycznej, a rzeczywistymi strukturami gospodarczymi Stanów Zjednoczonych występuje znaczna i stale powiększająca się rozbieżność. Powyższe zjawisko należy do dziedziny „morfologii gospodarczej”. Wyniki badań wskazują, że amerykańska gospodarka daleka jest od modelu lansowanego przez propagandę; ideału demokratycznego. Gospodarka Stanów Zjednoczonych ma strukturę „piramidy”. Posiada określoną hierarchię. Wielkie przedsiębiorstwa są kierowane i zorganizowane w sposób podobny, jak rządowe ministerstwa. Posiadają ciała koordynacyjne i kontrolne, które izolują warstwę kierowniczą od mas pracowniczych. Zamiast dążyć do większej elastyczności w dziedzinie społecznej, „elita menedżerska” (Burnham) staje się coraz bardziej autokratyczna – rzecz nie bez związku z amerykańską polityką zagraniczną.
Taki jest zmierzch kolejnej amerykańskiej iluzji. Ameryka: „kraj równych szans”, gdzie każdy może dojść do wymarzonej pozycji, kraj, w którym z nędzarza można stać się bogaczem. Na początku była to „ziemia otwarta po horyzont” dla każdego, kto chciał na nią przybyć. Gdy jej zabrakło, nową granicą ekspansji stał się pozornie nieograniczony potencjał przemysłu i handlu. Jak twierdzą Gardner, Moore i wielu innych, potencjał przestał być nieograniczony, a pole manewru staje się coraz skromniejsze. Biorąc pod uwagę stale rosnącą specjalizację pracy w procesie produkcyjnym i wzrastający nacisk na kwalifikacje, ugruntowana dotąd w Amerykanach wiara, że każde kolejne pokolenie „zajdzie wyżej” niż poprzednicy, staje się coraz bardziej bezpodstawna. Oznacza to, iż w tzw. politycznej demokracji amerykańskiej siła i potencjał ziemi, czyli gospodarka i przemysł, zarządzane są w sposób niedemokratyczny. Rodzi się zatem pytanie: czy rzeczywistość ma być kształtowana zgodnie z oczekiwaniami ideologii, czy vice versa? Do niedawna przeważała pierwsza z tych opcji; niektórzy nawołują do przywrócenia „prawdziwej Ameryki” nieskrępowanej przedsiębiorczości i autonomii jednostki wobec władz centralnych. Są wszakże tacy, którzy woleliby ograniczenia demokracji i przystosowania rzeczywistości politycznej do realiów gospodarczych. Jeśli w ten sposób opadłaby maska amerykańskiego „demokratyzmu”, stałoby się wreszcie jasne, do jakiego stopnia ta „demokracja” była tylko narzędziem w rękach oligarchii stosującej niejawną strategię, zapewniając sobie w ten sposób pole do nadużyć i oszustw na wielką skalę wobec tych, którzy akceptują system, gdyż dostrzegają w nim sprawiedliwość. Kwestia „demokracji” w Stanach Zjednoczonych może w przyszłości doprowadzić do paru interesujących wniosków.

Julius Evola

Sarmatia – Nie umieraj żołnierzu

Dziś nie dla nich schylone sztandary
Nie dla nich “prezentuj broń”!
Nie dla nich Virtuti Militari,
Tylko szron, co bieli im skroń.

Tylko pamięć tych nocy, tych dni,
Kiedy w brudnych koszulach, strudzeni,
Zmordowani krok za krokiem szli
Na swych barkach taszcząc erkaemy.

ref: Nie umieraj…
Nie umieraj….
Nie umieraj…. Żołnierzu….

Oni przecież walczyli nie o to,
By brać udział w zasług targowisku:
Ich był las i kamienie, i błoto,
Ich był dym i wszy, i ognisko.

Ich to była nadzieja, nadzieja,
Co czekała w zimowych zawiejach,
Ich to była tęsknota, tęsknota
Co ich gryzła w rozmokłych namiotach…

ref: Nie umieraj…
Nie umieraj…
Nie umieraj… Żołnierzu…

A gdy strzały umilkły nareszcie…
Nikt im laurów nie kładł na głowy,
Nikt kwiatami nie witał ich w mieście,
Nie przygrywał im hymn narodowy…

Kajać im się kazali po sądach
I za własną tłumaczyć się krew,
Jak psy kryć się musieli po kątach
W piersiach tłumiąc rozterkę i gniew.

Ref: Nie umieraj….
Nie umieraj….
Nie umieraj…. Żołnierzu….

Czy się kiedyś zagoi ta blizna,
Co goreje jak krwawe łuczywo?
Czy się wreszcie zdobędzie Ojczyzna,
By uznaniem odpłacić za miłość?

I czy kiedyś ten moment nadejdzie,
Gdy się przez megafony, ekrany
I przez szpalty dzienników dowiecie,
Że nie został wasz trud zapomniany?

Ref: Nie umieraj….
Nie umieraj…
Nie umieraj …. Żołnierzu….!

Zamieszki w Grecji

Trwają zamieszki w Grecji, które rozpoczęły się po zabiciu 6 grudnia Aleksandrosa Grigoropulosa. Rząd znajduje się na skraju upadku, zatem powinien ostro zareagować na zaistniałą sytuację, czyli podzielić Ateny na kwartały, obstawiać je wojskiem i systematycznie czyścić. Jednocześnie tamtejsza bezpieka powinna eliminować poszczególnych przywódców tych lewackich band.

Młodzież Imperivm nr 14

Młodzież Imperium nr 14W numerze m.in. Metafizyka drogich win; Pogańska nadinterpretacja chrześcijaństwa; Konserwatysta jako diabeł; Czarna, czarna noc – czyli Dugin o postmodernizmie; Narodowo-radykalni w Powstaniu Warszawskim; Taniec Maldorora i Anarchy; Celestyn; prezentacje grup muzycznych Parzival, Sztorm 68, Sturmpercht i Jaegerblut; wywiad z Adamem Bercesem z węgierskiego Durch Heer und Kraft; sylwetka Fryderyka Hielschera (niemieckiego rew-konsa); Tradycjonaliści jako barbarzyńcy śfjata ponowoczesnego; koty, chomiki i recenzje muzyczne (m.in. Aube, Allerseelen, H.E.R.R., Astro, Der Blutharsch, Monolake, A Challenge Of Honour); jeszcze parę rzeczy dziwnych i ciekawych.

Pobież: tutaj

Do pobrania także poprawiony numer 13, w nim m.in.: O reakcjonistach, Mój Kraj (Cioran), Portret Kata (de Maistre), upublicznienie prywatnej herezji Wilhelma, Metafizyka tanich win, wywiad z Kriegsfall-U, opis grupy Mental Destruction, Verlaine, ks. Baka, Impresa di Fiume, recenzje muzyczne (Erthad, Novalis Deux, Preussak, Lonsai Maikov i inne).

Pobież: tutaj

http://mlodziez-imperium.phalanx.pl

Stracona szansa “finlandyzacji” Polski

W „Plus Minus” z 6 XII 2008 przeczytałem ciekawy artykuł Piotra Kwiecińskiego, będący odpowiedzią na tezę, jakoby przejęcie władzy przez PPR po 44/45 było nieuchronne i nie miało  żadnej alternatywy.

Autor stawia tezę, że taka sytuacja mogłaby ulec zmienia gdyby: 1/ rząd w Londynie dogadał się z ZSRS w sprawie oddania Kresów za Ziemie Zachodnie, 2/ wydałoby nieoficjalna wojnę siłą sprzyjający ZSRS, w myśl hasła NSZ – „Nim Hitler runie – śmierć komunie”.

Wojna domowa rozpoczęta w 1943 między siłami prorządowymi, NSZ i innymi organizacjami antykomunistycznymi a siłami PPR i AL, przed wkroczeniem sił sowieckich do Polski miałaby oczywiście wynik wiadomy i skończyłaby się całkowitą marginalizacją PPR, a może nawet unicestwieniem. Na dodatek nieoficjalny rozejm między siłami antykomunistycznymi a lokalnymi dowódcami niemieckimi mógłby sprzyjać tego typu działaniom, zwłaszcza gdyby zaprzestano działań dywersyjnych w stosunku do Niemiec (c0 zresztą proponowały Narodowe Siły Zbrojne i  Stronnictwo Narodowe).

Piotr Skwieciński stawia tezę, że włączenie Polski było niemożliwe, a zatem ZSRS musiałoby pójść na pewien kompromis z siłami prolondyńskimi, co doprowadziłoby do „finlandyzacji” Polski.

Można jeszcze dodać, ze duże pole do popisu miałaby orientacja prorosyjska w Stronnictwie Narodowym, która mogłaby zaproponować swoje usługi zamiast „prozachodnich” spadkobierców Front Morges.

Organizacja Wojskowa Związek Jaszczurczy

Organizacja Wojskowa Związek Jaszczurczy została utworzona 14 lub 15 października 1939 r. w Warszawie przez kilku działaczy tzw. Grupy “Szańca”, czyli przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego. Należeli do nich: Władysław Marcinkowski, Otmar Wawrzkowicz, Tadeusz Salski. Otmar Wawrzkowicz zajął się tworzeniem struktury propagandy, natomiast W. Marcinkowski pionu wojskowego. Politycznie ZJ była podporządkowana tajnej Organizacji Polskiej. Jej nazwa nawiązywała do historycznego Związku Jaszczurczego, zorganizowanego przez szlachtę i mieszczan pruskich i pomorskich pod koniec XIV w. do walki z Zakonem Krzyżackim. Organizacja skupiała ludzi ideowych, wyznających ideę budowy Wielkiej Polski.

Działacze Grupy “Szańca” kwestionowali prawo którejkolwiek z organizacji konspiracyjnych do wyłącznego reprezentowania spraw politycznych i wojskowych w okupowanym kraju. Z tego względu ZJ uznawał władze RP na uchodźstwie, ale znajdował się w opozycji do oficjalnych czynników, czyli Delegatury Rządu RP na Kraj i ZWZ-AK. Z drugiej strony istniały jednak kontakty między ZJ a ZWZ i Delegaturą Rządu na Kraj, o czym m.in. świadczą meldunki Komendanta Głównego ZWZ-AK płk. Stefana Roweckiego ps. “Grot”, który w kwietniu 1941 r. meldował Naczelnemu Wodzowi o zgłoszeniu w lutym tego roku przez ZJ swojej grupy wojskowej do współpracy bojowej, dzięki czemu znalazła się ona w I rezerwie ZWZ. Z kolei w marcu 1941 r. doszło do spotkania przedstawicieli Grupy “Szańca” i ZJ z oficerami kontrwywiadu ZWZ w związku z zastrzeleniem w marcu tego roku kolaboranta Karola Juliusza Syma ps. “Igo Sym”, ale zakończyło się ono bez konkretnych ustaleń. Działacze Grupy “Szańca” uważali, że ZJ i ZWZ są organizacjami równorzędnymi i możliwa jest jedynie współpraca na równych prawach, a nie, jak tego żądało dowództwo ZWZ, podporządkowanie się ZJ tej organizacji. Podobną postawę zajmowano w stosunku do Delegatury Rządu.

W ZJ istniały duże problemy z kadrą dowódczą, ponieważ brakowało oficerów zawodowych. W sztabie ZJ działał tylko jeden oficer służby stałej kpt. Tadeusz Boguszewski, a kilku innych służyło w komendach okręgów, jak np. ppłk pil. Piotr Abakanowicz, czy kpt. Antoni Dąbrowski. W późniejszym okresie do ZJ dołączyli inni wyżsi oficerowie, którzy mieli różne konflikty z legalnymi władzami podziemnymi, jak np. płk dypl. w st. sp. Tadeusz Kurcyusz. Przywódcy ZJ dotarli także do byłych wojskowych niechętnych przed wojną sanacji i tradycji piłsudczykowskiej, przede wszystkim do wysokich oficerów zwolnionych ze służby czynnej. Byli to m.in. generałowie w stanie spoczynku Tadeusz Jastrzębski, Mieczysław Poniatowski, Józef Plisowski, Radosław Dzierżykraj-Stokalski, Stanisław Bułak-Bałachowicz, a także płk Julian Skokowski, zwolniony z niewoli niemieckiej były dowódca Grupy “Palmiry” z okresu wojny obronnej 1939 r. W 1940 r. uzyskano również kontakt ze zdegradowanym przed wojną generałem Michałem Żymierskim, jednakże po dłuższym sprawdzeniu kierownictwo ZJ zrezygnowało z jego oferty. Ciekawostką jest fakt, że M. Żymierski i płk J. Skokowski – pomimo kontaktów z wywodzącą się od ONR ZJ – porozumieli się w późniejszym czasie z komunistami i po wojnie dosłużyli się wysokich stopni wojskowych i znacznych funkcji.

W 1942 r. ZJ liczył najprawdopodobniej ok. 7 – 10 tys. członków. Natomiast badacze z kręgów narodowych oceniają jego liczebność na ok. 60 tys. osób, co jest liczbą znacznie zawyżoną. Trzeba jednak przyznać, że organizacja rozrastała się szybko i w niektórych rejonach kraju dysponowała znacznymi siłami (szczególnie w Warszawie i okolicy, na Kielecczyźnie i Lubelszczyźnie).

20 września 1942 r. z połączenia ZJ i secesjonistów z NOW oraz mniejszych organizacji o charakterze narodowym powstały Narodowe Siły Zbrojne. Po zawarciu w marcu 1944 r. umowy o scaleniu NSZ z AK, w NSZ nastąpił rozłam. W maju 1944 r. narodowcy wywodzący się z ZJ podjęli samodzielną działalność pod nazwą NSZ-ZJ.

pl.wikipedia.org

Artur Górski planuje „zniszczyć demokrację i parlament”

Jak podał serwis tvp.info poseł PiS Artur Górski ma stać za niecnymi zamachami na młodą, polską demokrację. Tzn. miał stać kiedy jeszcze był redaktorem pisma ProFide, ostatnio jednak mu się odmieniło i składa samokrytykę, jakoby za młodu “nie posiadał wyobrażenia o rzeczywistości”. Cóż panie Pośle, zawiódł Pan konserwatystów na całej linii, zwłaszcza jako osoba głosząca, że to demokracja jest “nierzeczywistością”. Mając jednak na uwagę te kilkanaście tys. pensji poselskiej, jesteśmy w stanie zrozumieć Pana postawę.

Bitwa o City Hall

Dante przysłał mi link do filmiku, zamieszczam poniżej, w którym pokazano najkrwawszą bitwę z udziałem polskich żołnierzy od czasów II wojny światowej. Link jest z Wybiórczej, ale mimo to warto wejść i przeczytać ten reportaż. Razem z Bułgarami pomściliśmy Warnę I Kosowe Pole.

Rzeczpospolita mocarstwem środkowoeuropejskim?

Przynajmniej tak rzecze politolog George Friedman w rozmowie z “Rzeczpospolitą”, który uważa, że do osaczenia Rosji, potrzebna jest odrodzona nowa “I Rzeczpospolita”, która miałaby się stać głównym przeciwnikiem Rosji, a w przyszłości Turcji w Europie. Stanęłaby na czele państw środkowoeuropejskich i przejęłaby rolę, spełnianą przez RFN podczas III wojny światowej, zwanej też „zimną wojną”. Pełniłaby rolę podobną do tej, którą spełnia Izrael na Bliskim Wschodzie. Oczywiści miałaby być pierwszym pitbullem USA w Europie, czego nie omieszkał zaakcentować Friedman, mówiąc wprost, że nie mamy wyboru i musimy iść drogą, którą wyznaczą nam Stany.

Jak wiadomo autor tego bloga ma inklinacje euroimperialne, no ale skoro nie ma czego się lubi, to się lubi co się ma. Nie pogardzę zatem odrodzeniem I Rzeczpospolitej. ;)

David Petraeus – Dux Imperium

55-letni Petraeus przekazał dowództwo wojsk w Iraku swemu zastępcy, generałowi Raymondowi Odierno. Wielu ekspertów wojskowych twierdzi, że Irak opuszcza jedyny dowódca, który odniósł zwycięstwo w „wojnie z terroryzmem”. – Petraeusa można porównać do generała Eisenhowera, który wyzwolił Europę. Oczekuję, że – podobnie jak Eisenhower – będzie kandydował na prezydenta USA – mówi „Rz” Paul Beaver, ekspert Komisji Obrony brytyjskiej Izby Gmin.

Inni oponują. – Nie można powiedzieć, że to Petraeus ustabilizował Irak. Po prostu trafił tam we właściwym momencie – uważa prof. Gareth Stansfield z think-tanku Chatham House, cytowany przez „The Telegraph”.Na swoje „5 minut” w Iraku Petraeus ciężko harował przez wiele lat. Ukończył akademię West Point w 1970 roku, w czasie amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Porażka Amerykanów skłoniła go do studiów nad zasadami wojny partyzanckiej. Napisał o niej dwie opasłe prace. Podczas ćwiczeń uległ dwóm poważnym wypadkom – otrzymał postrzał w pierś, i połamał sobie miednicę, skacząc na spadochronie.

Podczas inwazji na Irak w 2003 roku dowodził 101. Dywizją Powietrzną, która zajęła święte miasto szyitów Nadżaf. Sprawując władzę nad miastem, zrozumiał, że Amerykanie mają za mało żołnierzy, by kontrolować kraj, a sytuację pogarsza jeszcze zlikwidowanie przez nich z dnia na dzień saddamowskiej administracji. – W odróżnieniu od większości dowódców USA pojął, że działania militarne muszą być równoważone politycznymi – mówi Beaver.

Latem 2006 roku, gdy co miesiąc ginęło w Iraku 2,5 tysiąca cywilów, prezydent George W. Bush nakazał wojsku opracować nową strategię. Kilka miesięcy później nad Zatokę Perską przybyło 30 tysięcy nowych żołnierzy, a dowodzenie całą armią powierzono Petraeusowi.

– Musimy żyć z ludźmi, których mamy chronić – mówił żołnierzom generał. Żołnierze, którzy mieli teraz pełnić potrójną rolę „wojownika-budowniczego-dyplomaty”, zostali wysłani na ulice irackich miast we wspólnych patrolach z Irakijczykami. Szczęśliwie dla Petrae-usa ta nowa taktyka zbiegła się ze zmianą nastrojów w irackim społeczeństwie. Generał dostrzegł, że świeccy sunnici są coraz bardziej przerażeni fanatyzmem islamskich bojowników. Wyciągnął rękę do sunnickich przywódców i zaczął uzbrajać plemiona, które zadeklarowały chęć samoobrony przed rebeliantami. Zrozumiał też, że opór sunnitów wobec Amerykanów wynika z ich obaw przed zdominowaniem przez wspieraną przez USA szyicką większość.Według prof. Stansfielda, generał po prostu pojawił się w Iraku w momencie, gdy sytuacja zaczęła się poprawiać: – Konflikt między szyitami a sunnitami wygasał, a różne, zawarte wcześniej ugody polityczne, zaczęły przynosić owoce – mówi.

W ubiegłym miesiącu w Iraku poległo 22 Amerykanów, w maju 2007 – 126. Niezależnie od jego wkładu w poprawę sytuacji, generał Petraeus zbiera dziś owoce swojej służby. Awansował na szefa naczelnego dowództwa i będzie prowadził „wojnę z terroryzmem” na wszystkich frontach – od Somalii po Pakistan. Wielu republikanów oczekuje, że w wypadku porażki Johna McCaina za cztery lata generał zmierzy się z demokratą w wyścigu do Białego Domu. – Pojedynek Obama – Petraeus byłby fascynujący – mówi Paul Beaver.

rzepa.pl

Hanka Ordonówna – Miłość Ci wszystko wybaczy

Specjalnie dla Dantego.

Lili Marlene

Jako, że mamy wrzesień, dzisiaj klimaty II wojny.

Blackwater: Shadow Army

Blackwater Worldwide, poprzednio Blackwater USA, jest prywatną firmą wojskową założoną w 1997 r. przez Erika Prince’a i Ala Clarka. Firma jest alternatywnie nazywana firmą najemniczą lub ochroniarską. Siedziba Blackwater jest położona w USA w stanie Karolina Północna, gdzie funkcjonuje największy taktyczny obiekt treningowy na świecie. Firma szkoli więcej niż 40 000 ludzi rocznie, z wielu wojskowych służb oraz innych, różnorodnych agencji.

Blackwater jest obecnie największym z trzech prywatnych przedsiębiorstw z Departamentu Stanu USA, mającym 987 klientów, z czego 744 to obywatele Stanów Zjednoczonych. Co najmniej 90 procent dochodów pochodzi z rządowych kontraktów a dwie trzecie z nich to tzw. kontrakty no-bid czyli takie, do których realizacji została wybrana tylko jedna firma ze względu na doświadczenie w tej dziedzinie.

Niektóre zachowania firmy budzą kontrowersje ze względu na działania jej pracowników.

Blackwater jest obecnie zakontraktowana przez rząd Stanów Zjednoczonych do zapewniania usług bezpieczeństwa na wojnie w Iraku.

W październiku 2007, Blackwater USA zmieniło nazwę na Blackwater Worldwide.

Co ciekawe, założyciel i szef Blackwater – Erik Prince – jest katolikiem związany z konserwatywnym skrzydłem Kościoła, zresztą dzięki jego zmarłej na raka żonie, podczas gdy reszta rodziny należy do sekty protestanckiej. Należy dodać, że większość kierownictwa Blackwater stanowią katolicy.

Erik Prince sam jest byłym żołnierzem elitarnej jednostki Navy Seals. Podobno był on najbogatsza osoba, jaka kiedykolwiek służyła w amerykańskich silach specjalnych. Uczestniczył w akcjach wojskowych na Haiti, w Bośni i w regionie Morza Śródziemnego.

Po śmierci ojca i żony, kiedy musiał odejść z „Fok”, założył własne, prywatne siły zbrojne. Na ten cel przeznaczył 1,2 mld dolarów, które uzyskał ze sprzedaży firmy ojca.

Zasadnicze pytanie brzmi, kiedy takie firmy zaczną zdobywać dla siebie własne niezależne bazy lub też czy pójdą one w kierunku “pretorianizacji” i staną się osobistą strażą i prywatną armią władców Stanów Zjednoczonych i Europy.

Pytanie to jest na czasie, zwłaszcza, że nawet a USA mamy do czynienia z krytyką działań „agencji kondotierskich”.

Następna strona »