Archiwum kategorii ‘Idee’
Julius Evola: „Cywilizacja” amerykańska
Niedawno tragicznie zmarły John Dewey obwołany został przez amerykańską prasę osobowością najbardziej reprezentatywną dla cywilizacji amerykańskiej. Całkiem słusznie. W jego teoriach odnajdziemy wizje człowieka i egzystencji stanowiącą podstawę amerykanizmu i tamtejszej „demokracji”.
Istota jego rozważań polega na założeniu, że każdy w granicach wyznaczonych przez środki technologiczne, jakimi dysponuje, może stać się tym, kim chce być. Zatem jednostka nie jest zdeterminowana przez prawdziwą naturę swej osobowości; nie istnieją różnice między ludźmi, a jedynie różnice w ich kwalifikacjach. Z teorii tej wynika, że można zostać kim się chce pod warunkiem odpowiedniego przeszkolenia.
Właśnie tak przedstawia się koncepcja self-made-mana (człowieka samokreującego się – przyp.tłum.); w społeczeństwie, które zerwało wszelkie więzi z tradycją, motyw kariery osobistej przejawia się w każdym aspekcie ludzkiej egzystencji, posiłkując się egalitarną doktryną totalnej demokracji. Jeśli przyjąć zasadnicze elementy tej idei, konieczne jest zanegowanie wszelkiej naturalnej różnorodności. Każda jednostka może wówczas rościć pretensje do przejęcia potencjału kogokolwiek innego, a pojęcia „lepszy” i „gorszy” tracą znaczenie; traci sens wszelki dystans i szacunek, dopuszczalny jest wybór każdego stylu życia. Koncepcjom organicznym ludzkiego życia Amerykanie przeciwstawiają koncepcje mechanicystyczne. W społeczeństwie, które „zaczynało od zera”, wszystko nosi znamiona sztuczności. W społeczeństwie amerykańskim o wizerunku nie stanowi twarz, lecz maska. Jednocześnie wielbiciele amerykańskiego stylu życia są wrogo nastawieni wobec osobowości.
Przypisywana Amerykanom jako zaleta „otwartość umysłu” stanowi odbicie ich wewnętrznej nijakości. Podobnie sprawa wygląda z ich „indywidualizmem”. Indywidualizm i osobowość to dwie różne rzeczy: ten pierwszy należy do bezkształtnego świata ilości, zaś osobowość znajduje się w domenie jakości i hierarchii. Amerykanie są żywym zaprzeczeniem kartezjańskiego „myślę, więc jestem”: nie myślą, a mimo to są. Ich prymitywnym umysłom brak charakterystycznego rysu, co sprawia, iż podatni są na wszelkie formy standaryzacji.
W cywilizacjach wyższego rzędu, na przykład w indoaryjskiej, istotę pozbawioną własnej osobowości i przynależności kastowej (w prawdziwym znaczeniu tego terminu) zaliczono by nawet nie do sług czy siudrów, lecz do szeregu pariasów. W pewnym sensie Ameryka jest ojczyzną pariasów. Jednak pariasi mają też swoją rolę. Jest nią podporządkowanie się istotom posiadającym osobowość i kierującym się ściśle określonymi prawami. Tymczasem nasi współcześni pariasi uzurpują sobie prawo do dominacji i rozciągają swą władzę nad całym światem.
Szeroko rozpowszechniony jest pogląd, jakoby Stany Zjednoczone były „młodym państwem z wielką przyszłością”. Oczywiste ułomności składa się na karb „młodzieńczych błędów” i „porodowych bólów”. Nietrudno dostrzec jak znaczącą rolę w takich osądach odgrywa mit „postępu”. Zgodnie z przekonaniem, iż to, co nowe, musi być lepsze, mówi się o kluczowej roli Ameryki pośród cywilizowanych państw. Stany Zjednoczone wystąpiły zatem w I wojnie światowej w imieniu „cywilizowanego świata” par excellence. „Najbardziej rozwinięty” naród ma przecież nie tylko prawo, ale i obowiązek interweniowania w sprawach innych ludów.
Jednak dzieje ludzkości przebiegają nie w sposób ewolucyjny, lecz cykliczny. Najmłodsze cywilizacje nie są więc, bynajmniej, „najlepsze”. W praktyce mogą być nawet starcze i zepsute. Pomiędzy najbardziej zaawansowanymi a najprymitywniejszymi etapami dziejowego rozwoju istnieją określone zależności. Ameryka obrazuje schyłkową epokę wspólczesnej Europy. Guenon określił Stany Zjednoczone mianem „Dalekiego Zachodu”, pragnąc zaznaczyć, iż reprezentują one reductio ad absurdum najbardziej negatywnych i starczych aspektów cywilizacji zachodniej. Zaczątki symptomów rozkładu, kulturowego i człowieczego regresu występującego w śladowej formie w Europie, odnaleźć można w dużym powiększeniu i stężeniu w Ameryce. Mentalność amerykańska to nic innego, jak przykład procesu regresji objawiającej się atrofią zainteresowania dziedziną ducha i niezrozumieniem wyższych poziomów percepcji. Umysł amerykański ogranicza swe horyzonty do spraw doczesnych i elementarnych, co prowadzi do postrzegania świata w sposób banalny, uproszczony i przyziemny, aż do zaniku życia duchowego. Istnienie redukowane jest do kategorii czysto mechanicznych. Samoświadomość sprowadza się wyłącznie do wymiaru cielesnego. Typowy Amerykanin nie zna duchowych rozterek i dylematów: jest „urodzonym” klakierem i konformistą.
Porównanie prymitywnego umysłu amerykańskiego do umysłu młodego jest z gruntu fałszywe. Amerykańska umysłowość charakteryzuje się cechami społecznego regresu, o czym już wspominałem.
Amerykańska moralność
Ukazywany w filmach, dokumentach i reklamówkach, głoszony wszem i wobec powab amerykańskich kobiet polega w dużej mierze na fałszu. Przeprowadzone niedawno w Stanach Zjednoczonych badania lekarskie dowiodły, iż tamtejsze młode przedstawicielki płci żeńskiej pozbawione są seksualnego pożądania; miast zaspokojenia swego libido, uciekają w narcystyczny ekshibicjonizm, próżność oraz kult zdrowia i siły w bardzo sterylnym wydaniu. Amerykańskie dziewczyny „nie mają zahamowań w sprawach seksu”; są „łatwe” wobec mężczyzn, dla których stosunek płciowy jest celem samym w sobie i nie wiąże się z niczym więcej. To dlatego po wizycie w kinie czy na potańcówce dziewczyna bez oporów pozwala się całować – nic to dla nie znaczy. Amerykanki charakteryzują się niebywałym chłodem uczuć i materializmem. Mężczyzna, który „wiąże się” z którąś z nich, zobowiązuje się do jej utrzymania. Materia to domena kobiety! Oto dowody. W przypadku rozwodów amerykańskie prawo zdecydowanie faworyzuje kobiety. Dlatego chętnie występują one o rozwód, gdy tylko dostrzegą perspektywę większego zysku. Często zdarza się, że planująca zamążpójście kobieta jest już „zaręczona” z następnym przyszłym mężem, którego ma zamiar poślubić po intratnym rozwodzie z poprzednim.
„Nasze” amerykańskie media
Amerykanizacja w Europie zatacza coraz szersze kręgi i nie da się jej zakwestionować. W powojennych Włoszech jej fala gwałtownie rośnie i spotyka się z entuzjazmem, a przynajmniej z akceptacją, większości społeczeństwa. Pisałem już kiedyś, że z dwóch wielkich niebezpieczeństw zagrażających Europie – amerykanizmu i komunizmu – pierwsze z nich jest bardziej zdradliwe. Zagrożenie komunistyczne przybiera bowiem formę brutalną i katastrofalną; oznacza bezpośrednie przejęcie władzy przez komunistów. Tymczasem amerykanizacja postępuje metodą stopniowej indoktrynacji, wiążącej się ze zmianami mentalności i przekształceniami na poziomie drugorzędnej sfery obyczajowości, czego skutkiem jest zasadniczy przewrót i rozkład, którym przeciwdziałać można tylko prowadząc walkę wewnętrzną.
Właśnie ta wewnętrzna batalia kończy się dla większości Włochów przegraną. Zapominając o własnym dziedzictwie kulturowym, zwracają się ku Stanom Zjednoczonym widząc w nich opiekuńczego przewodnika po świecie. Każdy, kto chce uchodzić za nowoczesnego, powinien przystawać do amerykańskich standardów. Widok tak poniżającego się kraju europejskiego jest żałosny. Ów podziw dla Ameryki nie ma przecież nic wspólnego z kulturalnym zainteresowaniem sposobem życia innych ludzi. Przeciwnie, serwilizm wobec Stanów Zjednoczonych prowadzi do przekonania, że żaden inny styl życia nie może równać się amerykańskiemu.
Nasze rozgłośnie radiowe uległy amerykanizacji. Nie zważając na jakiekolwiek kryteria wartościowania, podążają za modnymi tematami chwili i badają rynek zagadnień „akceptowanych” – preferowanych przez najbardziej zamerykanizowaną część odbiorców, a zatem zbiór najgorszych degeneratów. Pozostałym nie zostawia się możliwości wyboru. Amerykanizacji uległ nawet styl radiowych prezenterów. „Czy po wysłuchaniu amerykańskiej audycji w radiu można uniknąć przerażenia, gdy nagle zdajemy sobie sprawę, że jedynym ratunkiem przed komunizmem jest amerykanizowanie się?” Nie są to słowa jakiegoś europejskiego obserwatora, lecz amerykańskiego socjologa, profesora Uniwersytetu w Princeton, Jamesa Burnhama. Takie zdanie wypowiedziane przez Amerykanina powinno okryć włoskich radiowców rumieńcem wstydu.
Skutkiem demokracji po hasłem „pilnuj swoich interesów” jest zaczadzenie większej części społeczeństwa, które nie potrafi dokonywać samodzielnych wyborów, i które, gdy brak mu przewodniej siły ideału, niezwykle łatwo traci poczucie tożsamości.
Ład przemysłowy w Ameryce
W swej klasycznej rozprawie o kapitalizmie Werner Sombart określił późne stadium formacji kapitalistycznej przysłowiem fiat producto, pareat homo. W tej skrajnej formie kapitalizm sprowadza wartość człowieka wyłącznie do wartości produkowanych przez niego dóbr, bądź wynalezionych przezeń środków produkcji. Doktryny socjalistyczne wyrosły właśnie z uwagi na ten brak uwzględnienia czynnika ludzkiego.
Początek nowego etapu miał miejsce właśnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie pojawił się wzrost zainteresowania tzw. stosunkami pracy. Choć mogło się wydawać, iż przyniesie to poprawę sytuacji, w rzeczywistości było to zjawisko szkodliwe. Przedsiębiorcy i pracodawcy zwrócili uwagę na znaczenie czynnika ludzkiego w ekonomii produkcji; doszli do wniosku, że błędem jest nieprzywiązywanie wagi do jednostki stanowiącej część systemu industrialnego; do jej motywacji, uczuć, dnia powszedniego. W ten sposób pojawiła się odrębna dyscyplina naukowa badająca reakcje międzyludzkie w przemyśle w oparciu o behawioryzm. Zwięzłej analizy zachowań i motywacji pracowników dostarczyła m.in. praca B.Gardnera i G.Moore’a pt. „Stosunki międzyludzkie w przemyśle” (ang. „Human Relations in Industry), której wyraźnym celem było określenie skutecznych środków prowadzących do wyeliminowania przeszkód na drodze do maksymalizacji produkcji. Publikacje takie z pewnością pojawiły się z inspiracji menedżerów, wspomaganych przez akademickich ekspertów. Analizy socjologiczne uwzględniają nawet nastroje społeczne pracowników. Badania te mają znaczenie praktyczne; rola psychicznego komfortu pracownika jest równie istotna, jak zachowanie jego dobrej kondycji fizycznej. W przypadku, gdy pracownik wykonuje pracę monotonną, która nie wymaga od niego większej koncentracji, nauka przestrzega przed „zagrożeniem”, że jego myśli mogą pójść w kierunku, który niekorzystnie odbije się na wynikach pracy.
Nie zapomina się też o życiu prywatnym pracownika – pojawiło się tzw. doradztwo personalne. Do zadań specjalistów. Do zadań specjalistów należy rozwiewanie lęków i obaw, rozwiązywanie problemów psychicznych i „kompleksów utrudniających adaptację”, a nawet doradztwo w sprawach najbardziej osobistych. Do wykorzystywanych technik psychoanalitycznych należy nakłonienie pacjenta do ”otwartej rozmowy”, której wynikiem ma być swoiste katharsis zwieńczone ulgą.
Wszystko to nie ma związku z duchowym doskonaleniem czy jakimikolwiek rzeczywistymi ludzkimi problemami w rozumieniu Europejczyka, nawet obecnego „wieku ekonomii”. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny człowiek traktowany jest jak dzika bestia, a posłuszeństwo wymusza się terrorem i głodem. W Stanach Zjednoczonych człowiek jest również postrzegany w kategoriach pracy i konsumpcji, przy czym nie pomija się aspektów jego życia wewnętrznego – wszystko znajduje się pod pełną kontrolą. Na tej „ziemi obiecanej” każdemu, nawet przeciętnemu człowiekowi sugeruje się, iż osiągnął stopień szczęśliwości, o którym marzyły całe pokolenia. W ten sposób zapomina kim jest, skąd pochodzi, i zatapia się bez reszty w teraźniejszości.
Amerykańska demokracja przemysłowa
Pomiędzy deklarowanymi zasadami dominującej ideologii politycznej, a rzeczywistymi strukturami gospodarczymi Stanów Zjednoczonych występuje znaczna i stale powiększająca się rozbieżność. Powyższe zjawisko należy do dziedziny „morfologii gospodarczej”. Wyniki badań wskazują, że amerykańska gospodarka daleka jest od modelu lansowanego przez propagandę; ideału demokratycznego. Gospodarka Stanów Zjednoczonych ma strukturę „piramidy”. Posiada określoną hierarchię. Wielkie przedsiębiorstwa są kierowane i zorganizowane w sposób podobny, jak rządowe ministerstwa. Posiadają ciała koordynacyjne i kontrolne, które izolują warstwę kierowniczą od mas pracowniczych. Zamiast dążyć do większej elastyczności w dziedzinie społecznej, „elita menedżerska” (Burnham) staje się coraz bardziej autokratyczna – rzecz nie bez związku z amerykańską polityką zagraniczną.
Taki jest zmierzch kolejnej amerykańskiej iluzji. Ameryka: „kraj równych szans”, gdzie każdy może dojść do wymarzonej pozycji, kraj, w którym z nędzarza można stać się bogaczem. Na początku była to „ziemia otwarta po horyzont” dla każdego, kto chciał na nią przybyć. Gdy jej zabrakło, nową granicą ekspansji stał się pozornie nieograniczony potencjał przemysłu i handlu. Jak twierdzą Gardner, Moore i wielu innych, potencjał przestał być nieograniczony, a pole manewru staje się coraz skromniejsze. Biorąc pod uwagę stale rosnącą specjalizację pracy w procesie produkcyjnym i wzrastający nacisk na kwalifikacje, ugruntowana dotąd w Amerykanach wiara, że każde kolejne pokolenie „zajdzie wyżej” niż poprzednicy, staje się coraz bardziej bezpodstawna. Oznacza to, iż w tzw. politycznej demokracji amerykańskiej siła i potencjał ziemi, czyli gospodarka i przemysł, zarządzane są w sposób niedemokratyczny. Rodzi się zatem pytanie: czy rzeczywistość ma być kształtowana zgodnie z oczekiwaniami ideologii, czy vice versa? Do niedawna przeważała pierwsza z tych opcji; niektórzy nawołują do przywrócenia „prawdziwej Ameryki” nieskrępowanej przedsiębiorczości i autonomii jednostki wobec władz centralnych. Są wszakże tacy, którzy woleliby ograniczenia demokracji i przystosowania rzeczywistości politycznej do realiów gospodarczych. Jeśli w ten sposób opadłaby maska amerykańskiego „demokratyzmu”, stałoby się wreszcie jasne, do jakiego stopnia ta „demokracja” była tylko narzędziem w rękach oligarchii stosującej niejawną strategię, zapewniając sobie w ten sposób pole do nadużyć i oszustw na wielką skalę wobec tych, którzy akceptują system, gdyż dostrzegają w nim sprawiedliwość. Kwestia „demokracji” w Stanach Zjednoczonych może w przyszłości doprowadzić do paru interesujących wniosków.
Julius Evola
Walka o kulturę w postnowoczesnym świecie a nieuchronne zderzenie cywilizacji
Świat postnowoczesny jest nie-rzeczywistością, która nas otacza, czy chcemy tego czy też nie. Czy odczuwamy dla niego pogardę czy też zatapiamy się w nim bez reszty. Ten świat oczywiście nie będzie wieczny, przeminie jak każda epoka, ponieważ, skoro cywilizacje mają swoje narodziny, swój rozkwit, tak samo muszą umrzeć. A my właśnie żyjemy epoce, kiedy szeroko pojęta cywilizacja zachodnia dokonuje swojego żywota.
Przejdźmy jednak do meritum, a mianowicie tego jak wygląda argumentacja szeroko pojętej prawicy w sporach o kulturę, z obozem lewicowo-liberalnym. Sam podział na prawicę i lewicę jest wynalazkiem ściśle europejskim, który nigdzie indziej nie wytworzył się w podobny sposób.
Ogólnie rzecz biorąc, za prawicę sensu stricto można uznać ludzi, którzy przyjmują pochodzenie władzy „od góry” i kierują się takimi wartościami jak tradycja, elitaryzm, hierarchia, dyscyplina. Prawica podświadomie odwołuje się do tradycji sakralnej, z jasnym podziałem ról: na kapłanów, wojowników i kupców. Świat prawicy to świat męski, solarny, ceniący sobie honor, lojalność, odwagę.
Lewica to pojmowanie pochodzenia władzy „od dołu”, czego przykładem jest chociażby tak bardzo promowana teoria ewolucji, gdzie istoty wyższe pochodzą od istot niższych, co znakomicie wpisuje się w egalitarystyczne myślenie lewicy, oraz teorię jakoby władza pochodziła od ludu, a rządzący byli jedynie jej depozytariuszami. Lewica wierzy w równość, ogólnoludzkie braterstwo, czyli odwołuje się do mitów chtonicznych, gdzie Matka-Ziemia jest matką całej ludzkości, a lud staje się nosicielem suwerenności.
Walka tocząca się miedzy prawicą a lewicą, tak naprawdę nie toczy się o to, która partia wygra wybory, które ugrupowania zdobędzie ten czy inny stołek, ale który z dwóch obozów zdobędzie władzę kulturową w społeczeństwie. W świecie postnowoczesnym, skażonym demoliberalnym myśleniem, prawica – o ile jeszcze zdaje sobie sprawę z tego, co to znaczy być prawą – musi zrozumieć, że lewicowy obóz demoliberalny bitwę o kulturę wygrał kilkadziesiąt lat temu, kiedy to zakończyła się europejska wojna domowa, trwająca przeszło 20 lat.
Imperium Americanum, wraz ze swoją ideologią demokratyczno-mesjanistyczną, przy pomocy wodza Imperium Sovieticum, ustaliło oficjalną historię – demokraci stali się ‘tymi dobrymi’, komuniści – ‘trochę gorszymi’, lecz nadal członkami „obozu postępu”, natomiast cała reszta została nazwana obozem nazistowskim lub faszystowskim – nazwy używane wymiennie. Ostatnia wojna eschatologiczna dobiegła końca, a jej owoce zbieramy do dziś.
W szeroko pojęty obóz faszystowski zdołano wtłoczyć wszystkie ugrupowania i partie będące na prawo od prawicowych liberałów i chadeków w stylu Adenauera, państwowca Charles`a de Gaulle, które tylko dlatego mógł sprawować rządy we Francji, że już w 40 roku odciął się do marszałka Pétaina.
Natomiast całą plejadę konserwatywnych, nacjonalistycznych i tradycjonalistycznych przywódców państw wsadzono do jednego wora z, ucieleśnieniem przecież amerykańskiego mitu „od pucybuta do milionera”, Hitlerem, który to został wybrany w całkiem demokratycznych wyborach. Generał Franco, prof. Salazar, Pétain, admirał Horthy, dr Dollfuß, kapitan Codreanu, w większości rzymscy katolicy, obrońcy starej Europy, ludzie dla których czynniki ekonomiczne nie były najważniejszym celem istnienia państwa, zostali skazani. Większość z tych przywódców musiała, pod groźba zniszczenia i „polonizacji” (czego obawiał się np. marszałek Petain, spodziewając się, że w razie jego ustąpienia Francja podzieli losy Polski) państwa, współpracować z Hitlerem, Salazar pozostał neutralny, kanclerza Dollfußa zamordowali austriaccy członkowie NSDAP. Jednak los pamięci o nich, w powojennej Europie został przypieczętowany, łatka faszysty jest nie do zdarcia.
W nowej rzeczywistości powojennej, w wielu państwach, znaczącym czynnikiem szerokich koalicji rządowych stali się członkowie partii komunistycznych, trockistowskich i marksistowskim, ostatecznie ewoluujących w kierunku eurokomunizmu, czego przykładem jest choćby prezydent Włoch – Georgio Napolitano. To właśnie włoski teoretyk marksizmu – Antonio Gramsci – stworzył pojęcie „władzy kulturowej”. Choć we Włoszech komuniści byli przez 50 lat w opozycji, nie mięli dostępu do MSW, czy też Ministerstwa Edukacji, to oni zdołali zdominować życie kulturalne Włoch, potrafili stworzyć pewne mechaniczne skojarzenia, które wbija się dzieciom już od pierwszych lat przedszkola i szkoły. Wolność, równość, braterstwo – wielka triada lewicy, która prowadzi do rozmiękczenia władzy i społeczeństw – stała się obowiązującym ideałem, do którego należy dążyć, choć oczywiście pustym w swojej treści. Władza, zamiast zajmować się jej właściwymi kompetencjami, negocjuje z górnikami, pielęgniarkami i innymi grupami społecznymi. Skoro jednak władza pochodzi od dołu, od ludu, to demoliberalne rządy są na to skazane, przy okazji realizując swoje własne prywatne interesy. Bardzo wygodna postawa.
W obecnych czasach, kiedy społeczeństwa przeszły już rewolucję 68 roku, kiedy suwerenny lud za „prawa człowieka” uznał, już nie tylko prawa polityczne, ale tzw. „prawa pozytywne”, czyli socjał w czystej postaci, także prawica, nawet ta uważająca się za skrajną, zmieniła sposób argumentacji. O ile jeszcze w XIX w. prawica, czyli konserwatyści, tradycjonaliści i część arystokratycznych liberałów odwołuje się do sfery ducha, natomiast „ekonomizacja” życia pozostaje w rekach lewicy od – liberałów po socjalistów, tak od początków XX w., po wygranej bitwie o kulturę przez lewicę, prawica ogranicza swoje argumenty do spraw ekonomicznych.
Jedynie lata 20, a przede wszystkim 30 przyniosły pewne odrodzenie chrześcijańskiego ducha rycerskiego, zarówno w katolicyzmie, jak i w prawosławiu. W prawosławiu był to fenomen Legionu św. Michała Archanioła, stworzonego od podstaw przez Corneliu Zelea Codreanu, który był nie tyle ruchem politycznym, ale szkołą myślenia, neozakonem odwołującym się do tradycji średniowiecznych zakonów rycerskich, kładącym główny nacisk na rozwój duchowości. Natomiast w krajach katolickich, odrodzenie religijności nastąpiło głównie w Hiszpanii i w Portugalii. Wiąże się to z objawieniami w Fatimie i duchem krucjaty, wytworzonym w latach 36-39 w Hiszpanii.
Zanik odwoływania się do zasad transcendentnych i ład ponadnaturalnego jest konsekwencją przejęcia władzy kulturowej przez lewicę. Broniąc takich bohaterów jak Franco, Salazar, czy też Pinochet, prawica – o ile ma na tyle odwagi, aby podjąć się ich obrony – odwołuje się jedynie do takich spraw, jak powstrzymanie ruchu komunistycznego i czynników ekonomicznych, bogacenia się obywateli, wzrostu gospodarczego, itd. Prawica nie wspomina w ogóle o zatrzymaniu laicyzacji i sekularyzacji społeczeństw, utrzymaniu dominującej pozycji Kościoła w społeczeństwie – tam gdzie zwyciężyli Salazar, Pinochet, Franco. A przecież taka instytucja jak Kościół, oprócz swojego głównego zadania – zbawienia dusz – jest pomocna w utrzymaniu ładu społecznego. Jedynie władza, która ma oparcie w porządku wyższym, jest w stanie zwalczać egoistyczne interesy grupowe i wzmacniać państwo w takich sferach jak wojskowość, polityka zagraniczna, wymiar sprawiedliwości, czyli elementach właściwego ładu.
Według teorii „bazy i nadbudowy” marksiści udowadniali, że „byt kształtuje świadomość’, jest jednak całkowicie odwrotnie. Jak pokazuje historia , to przemiany w świadomości społecznej doprowadzają do przemian w sferze ekonomicznej, dlatego prawica powinna zająć się przede wszystkim walką o ludzkie umysły i zmianą ich nastawiania do takich idei jak Bóg, tradycja, ojczyzna, rodzina. Jedynie narody, które posiadają jasny cel własnego istnienia, będą w stanie wygrać w nadchodzącym zderzeniu cywilizacji. Jak jasno pokazuje nam historia, w starciach cywilizacji, to nie społeczności bogatsze zwyciężały, ale te, które miały więcej wiary we własne siły, w których ludzie wierzyli, iż mają oparcie w Bogu.
Nicolás Gómez Dávila – obrońca cywilizacji rzymsko-katolickiej
Na początek mój stary artykuł.
Wczoraj przypadała 13 rocznica śmierci Nicolása Gómez Dávila, a dziś przypada 94 rocznica śmierci tego wielkiego człowieka, mistrza aforyzmu, ostatniego reakcjonisty, pogrobowca wczesnego średniowiecza i miłośnika literatury klasycznej.
Nicolás Gómez Dávila przyszedł na świat w Bogocie 18 maja 1913 roku; umarł w Bogocie, 17 maja 1994 roku. W wieku 6 lat wyjechał rodziną do Francji, gdzie uczęszczał do kolegium benedyktyńskiego. Tam zachorował na zapalenie płuc, z powodu którego został przykuty do łóżka na prawie dwa lata. Pobierał wtedy lekcje u filologów klasycznych i filozofów, co zaowocowało ogromnym uwielbieniem dla literatury klasycznej.
„Osiągnąłem mój jedyny cel: oddać się snowi życia w bibliotece.”
Po powrocie do Bogoty, w latach 30-stych, rozbudował swoją prywatną bibliotekę do ogromnej liczby, 30 tyś. woluminów, wszystkich w językach oryginalnych. „Trzeba by być całkiem nieczułym na urok starych książek, aby nie odczuć pola sił w bibliotece Nicolása Gómeza Dávili. Małe okna przepuszczają tylko załamane światło dnia, na niebiesko-czerwonym dywanie ustawione są, symetrycznie jak wartownicy, skórzane fotele; przed zamkniętym kominkiem stoi gazowy piecyk. Od podłogi po sufit piętrzą się szeregi pergaminowych, oprawnych w świńską skórę lub czerwony safian najpiękniejszych druków z Wenecji, Amsterdamu i Paryża. Pewien wiedeński księgarz, który sześćdziesiąt lat temu przybył do Bogoty wiele pomógł przy ich gromadzeniu” (Marlin Mosebach, ‘Odwiedziny…’) Książki dotyczyły wielu dziedzin, m.in. filozofii, historii, literatury klasycznej, teologii.
W 1948 roku podczas jazdy konnej w swej posiadłości „Canoas” pod Bogotą uległ wypadkowi, nie przeszkadzało mu to w codziennych spacerach, choć do końca lekko kulał.
„Demokratyczne instytucje otwierają obywatelowi drogę wyłącznie do paplania politycznych frazesów.”
„Są całe epoki, w których uznanie przynosi wstyd.”
Nigdy w swoim długim życiu nie zajmował żadnego stanowiska publicznego lub politycznego, mimo wielu propozycji. Nie godziło się to bowiem z jego konsekwentną postawą antydemokratyczną, dlatego nie podpisywał żadnych protestów, nie wypowiadał się na tematy publiczne. „Dávila trzymał się z dala od trwających dziesięciolecia sporów partyjnych między konserwatystami i liberałami; udało mu się uniknąć zarówno krwawej kulminacji przemocy jak i pokus robienia kariery ambasadora lub ministra, których mu nie oszczędzon.” (Franz Niedermayer, ‘Konserwatywna aforystyka z Kolumbii’).
Jego jedynym powołaniem i celem w życiu, oprócz tego ostatecznego, było studiowanie, czytanie i pisanie. Jest autorem setek wspaniałych myśli, scholii i aforyzmów, w których pobrzmiewa kilkanaście wieków cywilizacji łacińskiej, rzymsko-katolickiej. Nie zachodniej, nie protestanckiej, ale właśnie łacińskiej. W jego aforyzmach widać i rzymską togę i chrześcijańską tunikę, i szczęk mieczy średniowiecznych rycerzy i genialność Platona, św. Augustyna. Jako twórca był zawsze wymagający, dlatego osobiście przepisywał na maszynie i poprawiał teksty przeznaczone do publikacji.
„Walkę przeciwko światu musisz prowadzić w samotności. Gdzie dwóch, tam zdrada!”
Nicolás Gómez Dávila był pisarzem – eremitą, a jego dom (a przede wszystkim biblioteka) był jego klasztorem. Jego duchową postawę charakteryzowała twardość dawnych rycerzy, powściągliwość prawdziwych arystokratów, samodyscyplina i pracowitość mnichów. W samotności pracował nad aforyzmami, które nie miały być jednak oskarżeniami stawianym nowoczesnemu światu (który i tak by ich nie zrozumiał), miały tylko przechować święty ogień tradycji i tworzyć punkt oporu przeciwko jego oślizgłym mackom, wylewającym się z milionów odbiorników telewizyjnych, ogłuszającym barbarzyńską muzyką. Tak wypełniał swoje powołanie.
„Moje przekonania są przekonaniami starej kobiety, która w kącie kościoła mamrocze swoje pacierze.”
Był prawdziwym katolikiem, ufającym Bogu, wierzącym Chrystusowi i podejrzliwie rozglądającym się dookoła. Nie było to jakieś rozmiękczone tolerancją chrześcijaństwo, piejące w zachwycie o „fałszywym pokoju”, wolności wyznania i dialogu międzyreligijnym.
W jego katolicyzmie było miejsce na szczęk mieczy średniowiecznych krzyżowców i „bezrefleksyjne”( jak mawiają dzisiejsi ‘uduchowieni’ moderniści) odmawianie pacieży w zakątku kościoła, przez starą kobietę.
„Współczesny Kościół traktuje wiernych jak wyborców. Entuzjazm wielkich mas przedkłada nad indywidualne nawrócenia.”
„Drugi Sobór Watykański bardziej niż zgromadzeniem biskupów był tajną konferencją biznesmenów poirytowanych tym, że stracili klientów.”
Mówił: „Katolicyzm jest moją ojczyzną”, choć po Soborze watykańskim II, według Dávili pozostałą już tylko modlitwa. Niedługo przed śmiercią wyznał: „Kościół umiera. Musimy być sami z Bogiem. Modlitwa jest jedynym inteligentnym czynem”.
„Demokratyczne wybory rozstrzygają o tym, kto będzie uciskany w majestacie prawa.”
„Wszystkie typowe wyrażenia nowoczesnej epoki są zakamuflowanymi bluźnierstwami.”
Dla Dávili idea demokratyczna jest niczym innym jak obrzydliwym bluźnierstwem, nową religią, zsekularyzowanego świata, zabijającą prawdziwy i rzeczywisty, hierarchiczny ład. Jak pisze Dávila „demokracja jest antropoteistyczną religią. Jej zasadą jest opcja o charakterze religijnym; akt, w którym człowiek uznaje człowieka za Boga. Jej doktryną jest teologia boskiego człowieka, jej polityką urzeczywistnienie tej zasady w działaniu, w instytucjach, w dziełach (…). Boskość, jaką demokracja nadaje człowiekowi nie jest ani figurą retoryczną, ani poetyckim obrazem ani wreszcie niewinną hiperbol, lecz ścisłą definicją teologiczną”. Dlatego Dávila napisze: „Totalna rebelia wzbiera w nas przeciwko ostatecznemu buntowi. Całkowite odrzucenie demokratycznej doktryny jest ostatnim i skromnym refugium dla ludzkiej wolności. W naszych czasach rebelia jest albo reakcyjna albo jest obłudną i tanią farsą.”
„Cywilizacje są letnim brzęczeniem owadów między dwoma zimami.”
„Nie należę do świata, który przemija. Przedłużam i przekazuję prawdę, która nie umiera.”
Czy znakomity pisarz widzi jakaś receptę na walkę z demokratycznymi demonami odbudowanie cywilizacji łacińskiej? Nie, gdyż „nie ma nic bardziej godnego pożałowania niż reakcjonista z receptami”. Nie znaczy to jednak, ze mammy przestać działać, odurzyć się i zatonąć w demokratycznym szambie. Mamy stać jak rzymski legionista, kiedy Wezuwiusz zasypał Pompeje popiołami. Do końca, gdyż nasz suweren – Jezus Chrystus nie odwołał i nigdy nie odwoła swojego rozkazu – walki o „społeczne panowanie Chrystusa.” Musimy zatem wytrwać na straconym posterunku.
Komentarze (3)
Dodaj komentarz
Komentarze (2)