Archive for the 'Idee' Category

Walka o kulturę w postnowoczesnym świecie a nieuchronne zderzenie cywilizacji

Świat postnowoczesny jest nie-rzeczywistością, która nas otacza, czy chcemy tego czy też nie. Czy odczuwamy dla niego pogardę czy też zatapiamy się w nim bez reszty. Ten świat oczywiście nie będzie wieczny, przeminie jak każda epoka, ponieważ, skoro cywilizacje mają swoje narodziny, swój rozkwit, tak samo muszą umrzeć. A my właśnie żyjemy epoce, kiedy szeroko pojęta cywilizacja zachodnia dokonuje swojego żywota.

Przejdźmy jednak do meritum, a mianowicie tego jak wygląda argumentacja szeroko pojętej prawicy w sporach o kulturę, z obozem lewicowo-liberalnym. Sam podział na prawicę i lewicę jest wynalazkiem ściśle europejskim, który nigdzie indziej nie wytworzył się w podobny sposób.

Ogólnie rzecz biorąc, za prawicę sensu stricto można uznać ludzi, którzy przyjmują pochodzenie władzy „od góry” i kierują się takimi wartościami jak tradycja, elitaryzm, hierarchia, dyscyplina. Prawica podświadomie odwołuje się do tradycji sakralnej, z jasnym podziałem ról: na kapłanów, wojowników i kupców. Świat prawicy to świat męski, solarny, ceniący sobie honor, lojalność, odwagę.

Lewica to pojmowanie pochodzenia władzy „od dołu”, czego przykładem jest chociażby tak bardzo promowana teoria ewolucji, gdzie istoty wyższe pochodzą od istot niższych, co znakomicie wpisuje się w egalitarystyczne myślenie lewicy, oraz teorię jakoby władza pochodziła od ludu, a rządzący byli jedynie jej depozytariuszami. Lewica wierzy w równość, ogólnoludzkie braterstwo, czyli odwołuje się do mitów chtonicznych, gdzie Matka-Ziemia jest matką całej ludzkości, a lud staje się nosicielem suwerenności.

Walka tocząca się miedzy prawicą a lewicą, tak naprawdę nie toczy się o to, która partia wygra wybory, które ugrupowania zdobędzie ten czy inny stołek, ale który z dwóch obozów zdobędzie władzę kulturową w społeczeństwie. W świecie postnowoczesnym, skażonym demoliberalnym myśleniem, prawica – o ile jeszcze zdaje sobie sprawę z tego, co to znaczy być prawą – musi zrozumieć, że lewicowy obóz demoliberalny bitwę o kulturę wygrał kilkadziesiąt lat temu, kiedy to zakończyła się europejska wojna domowa, trwająca przeszło 20 lat.

Imperium Americanum, wraz ze swoją ideologią demokratyczno-mesjanistyczną, przy pomocy wodza Imperium Sovieticum, ustaliło oficjalną historię – demokraci stali się ‘tymi dobrymi’, komuniści – ‘trochę gorszymi’, lecz nadal członkami „obozu postępu”, natomiast cała reszta została nazwana obozem nazistowskim lub faszystowskim – nazwy używane wymiennie. Ostatnia wojna eschatologiczna dobiegła końca, a jej owoce zbieramy do dziś.

W szeroko pojęty obóz faszystowski zdołano wtłoczyć wszystkie ugrupowania i partie będące na prawo od prawicowych liberałów i chadeków w stylu Adenauera, państwowca Charles`a de Gaulle, które tylko dlatego mógł sprawować rządy we Francji, że już w 40 roku odciął się do marszałka Pétaina.

Natomiast całą plejadę konserwatywnych, nacjonalistycznych i tradycjonalistycznych przywódców państw wsadzono do jednego wora z, ucieleśnieniem przecież amerykańskiego mitu „od pucybuta do milionera”, Hitlerem, który to został wybrany w całkiem demokratycznych wyborach. Generał Franco, prof. Salazar, Pétain, admirał Horthy, dr Dollfuß, kapitan Codreanu, w większości rzymscy katolicy, obrońcy starej Europy, ludzie dla których czynniki ekonomiczne nie były najważniejszym celem istnienia państwa, zostali skazani. Większość z tych przywódców musiała, pod groźba zniszczenia i „polonizacji” (czego obawiał się np. marszałek Petain, spodziewając się, że w razie jego ustąpienia Francja podzieli losy Polski) państwa, współpracować z Hitlerem, Salazar pozostał neutralny, kanclerza Dollfußa zamordowali austriaccy członkowie NSDAP. Jednak los pamięci o nich, w powojennej Europie został przypieczętowany, łatka faszysty jest nie do zdarcia.

W nowej rzeczywistości powojennej, w wielu państwach, znaczącym czynnikiem szerokich koalicji rządowych stali się członkowie partii komunistycznych, trockistowskich i marksistowskim, ostatecznie ewoluujących w kierunku eurokomunizmu, czego przykładem jest choćby prezydent Włoch – Georgio Napolitano. To właśnie włoski teoretyk marksizmu – Antonio Gramsci – stworzył pojęcie „władzy kulturowej”. Choć we Włoszech komuniści byli przez 50 lat w opozycji, nie mięli dostępu do MSW, czy też Ministerstwa Edukacji, to oni zdołali zdominować życie kulturalne Włoch, potrafili stworzyć pewne mechaniczne skojarzenia, które wbija się dzieciom już od pierwszych lat przedszkola i szkoły. Wolność, równość, braterstwo – wielka triada lewicy, która prowadzi do rozmiękczenia władzy i społeczeństw – stała się obowiązującym ideałem, do którego należy dążyć, choć oczywiście pustym w swojej treści. Władza, zamiast zajmować się jej właściwymi kompetencjami, negocjuje z górnikami, pielęgniarkami i innymi grupami społecznymi. Skoro jednak władza pochodzi od dołu, od ludu, to demoliberalne rządy są na to skazane, przy okazji realizując swoje własne prywatne interesy. Bardzo wygodna postawa.

W obecnych czasach, kiedy społeczeństwa przeszły już rewolucję 68 roku, kiedy suwerenny lud za „prawa człowieka” uznał, już nie tylko prawa polityczne, ale tzw. „prawa pozytywne”, czyli socjał w czystej postaci, także prawica, nawet ta uważająca się za skrajną, zmieniła sposób argumentacji. O ile jeszcze w XIX w. prawica, czyli konserwatyści, tradycjonaliści i część arystokratycznych liberałów odwołuje się do sfery ducha, natomiast „ekonomizacja” życia pozostaje w rekach lewicy od – liberałów po socjalistów, tak od początków XX w., po wygranej bitwie o kulturę przez lewicę, prawica ogranicza swoje argumenty do spraw ekonomicznych.

Jedynie lata 20, a przede wszystkim 30 przyniosły pewne odrodzenie chrześcijańskiego ducha rycerskiego, zarówno w katolicyzmie, jak i w prawosławiu. W prawosławiu był to fenomen Legionu św. Michała Archanioła, stworzonego od podstaw przez Corneliu Zelea Codreanu, który był nie tyle ruchem politycznym, ale szkołą myślenia, neozakonem odwołującym się do tradycji średniowiecznych zakonów rycerskich, kładącym główny nacisk na rozwój duchowości. Natomiast w krajach katolickich, odrodzenie religijności nastąpiło głównie w Hiszpanii i w Portugalii. Wiąże się to z objawieniami w Fatimie i duchem krucjaty, wytworzonym w latach 36-39 w Hiszpanii.

Zanik odwoływania się do zasad transcendentnych i ład ponadnaturalnego jest konsekwencją przejęcia władzy kulturowej przez lewicę. Broniąc takich bohaterów jak Franco, Salazar, czy też Pinochet, prawica – o ile ma na tyle odwagi, aby podjąć się ich obrony – odwołuje się jedynie do takich spraw, jak powstrzymanie ruchu komunistycznego i czynników ekonomicznych, bogacenia się obywateli, wzrostu gospodarczego, itd. Prawica nie wspomina w ogóle o zatrzymaniu laicyzacji i sekularyzacji społeczeństw, utrzymaniu dominującej pozycji Kościoła w społeczeństwie – tam gdzie zwyciężyli Salazar, Pinochet, Franco. A przecież taka instytucja jak Kościół, oprócz swojego głównego zadania – zbawienia dusz – jest pomocna w utrzymaniu ładu społecznego. Jedynie władza, która ma oparcie w porządku wyższym, jest w stanie zwalczać egoistyczne interesy grupowe i wzmacniać państwo w takich sferach jak wojskowość, polityka zagraniczna, wymiar sprawiedliwości, czyli elementach właściwego ładu.

Według teorii „bazy i nadbudowy” marksiści udowadniali, że „byt kształtuje świadomość’, jest jednak całkowicie odwrotnie. Jak pokazuje historia , to przemiany w świadomości społecznej doprowadzają do przemian w sferze ekonomicznej, dlatego prawica powinna zająć się przede wszystkim walką o ludzkie umysły i zmianą ich nastawiania do takich idei jak Bóg, tradycja, ojczyzna, rodzina. Jedynie narody, które posiadają jasny cel własnego istnienia, będą w stanie wygrać w nadchodzącym zderzeniu cywilizacji. Jak jasno pokazuje nam historia, w starciach cywilizacji, to nie społeczności bogatsze zwyciężały, ale te, które miały więcej wiary we własne siły, w których ludzie wierzyli, iż mają oparcie w Bogu.

Nicolás Gómez Dávila - obrońca cywilizacji rzymsko-katolickiej

Na początek mój stary artykuł.

Wczoraj przypadała 13 rocznica śmierci Nicolása Gómez Dávila, a dziś przypada 94 rocznica śmierci tego wielkiego człowieka, mistrza aforyzmu, ostatniego reakcjonisty, pogrobowca wczesnego średniowiecza i miłośnika literatury klasycznej.

Nicolás Gómez Dávila przyszedł na świat w Bogocie 18 maja 1913 roku; umarł w Bogocie, 17 maja 1994 roku. W wieku 6 lat wyjechał rodziną do Francji, gdzie uczęszczał do kolegium benedyktyńskiego. Tam zachorował na zapalenie płuc, z powodu którego został przykuty do łóżka na prawie dwa lata. Pobierał wtedy lekcje u filologów klasycznych i filozofów, co zaowocowało ogromnym uwielbieniem dla literatury klasycznej.

„Osiągnąłem mój jedyny cel: oddać się snowi życia w bibliotece.”

Po powrocie do Bogoty, w latach 30-stych, rozbudował swoją prywatną bibliotekę do ogromnej liczby, 30 tyś. woluminów, wszystkich w językach oryginalnych. „Trzeba by być całkiem nieczułym na urok starych książek, aby nie odczuć pola sił w bibliotece Nicolása Gómeza Dávili. Małe okna przepuszczają tylko załamane światło dnia, na niebiesko-czerwonym dywanie ustawione są, symetrycznie jak wartownicy, skórzane fotele; przed zamkniętym kominkiem stoi gazowy piecyk. Od podłogi po sufit piętrzą się szeregi pergaminowych, oprawnych w świńską skórę lub czerwony safian najpiękniejszych druków z Wenecji, Amsterdamu i Paryża. Pewien wiedeński księgarz, który sześćdziesiąt lat temu przybył do Bogoty wiele pomógł przy ich gromadzeniu” (Marlin Mosebach, ‘Odwiedziny…’) Książki dotyczyły wielu dziedzin, m.in. filozofii, historii, literatury klasycznej, teologii.

W 1948 roku podczas jazdy konnej w swej posiadłości „Canoas” pod Bogotą uległ wypadkowi, nie przeszkadzało mu to w codziennych spacerach, choć do końca lekko kulał.

„Demokratyczne instytucje otwierają obywatelowi drogę wyłącznie do paplania politycznych frazesów.”

„Są całe epoki, w których uznanie przynosi wstyd.”

Nigdy w swoim długim życiu nie zajmował żadnego stanowiska publicznego lub politycznego, mimo wielu propozycji. Nie godziło się to bowiem z jego konsekwentną postawą antydemokratyczną, dlatego nie podpisywał żadnych protestów, nie wypowiadał się na tematy publiczne. „Dávila trzymał się z dala od trwających dziesięciolecia sporów partyjnych między konserwatystami i liberałami; udało mu się uniknąć zarówno krwawej kulminacji przemocy jak i pokus robienia kariery ambasadora lub ministra, których mu nie oszczędzon.” (Franz Niedermayer, ‘Konserwatywna aforystyka z Kolumbii’).

Jego jedynym powołaniem i celem w życiu, oprócz tego ostatecznego, było studiowanie, czytanie i pisanie. Jest autorem setek wspaniałych myśli, scholii i aforyzmów, w których pobrzmiewa kilkanaście wieków cywilizacji łacińskiej, rzymsko-katolickiej. Nie zachodniej, nie protestanckiej, ale właśnie łacińskiej. W jego aforyzmach widać i rzymską togę i chrześcijańską tunikę, i szczęk mieczy średniowiecznych rycerzy i genialność Platona, św. Augustyna. Jako twórca był zawsze wymagający, dlatego osobiście przepisywał na maszynie i poprawiał teksty przeznaczone do publikacji.

„Walkę przeciwko światu musisz prowadzić w samotności. Gdzie dwóch, tam zdrada!”

Nicolás Gómez Dávila był pisarzem – eremitą, a jego dom (a przede wszystkim biblioteka) był jego klasztorem. Jego duchową postawę charakteryzowała twardość dawnych rycerzy, powściągliwość prawdziwych arystokratów, samodyscyplina i pracowitość mnichów. W samotności pracował nad aforyzmami, które nie miały być jednak oskarżeniami stawianym nowoczesnemu światu (który i tak by ich nie zrozumiał), miały tylko przechować święty ogień tradycji i tworzyć punkt oporu przeciwko jego oślizgłym mackom, wylewającym się z milionów odbiorników telewizyjnych, ogłuszającym barbarzyńską muzyką. Tak wypełniał swoje powołanie.

„Moje przekonania są przekonaniami starej kobiety, która w kącie kościoła mamrocze swoje pacierze.”

Był prawdziwym katolikiem, ufającym Bogu, wierzącym Chrystusowi i podejrzliwie rozglądającym się dookoła. Nie było to jakieś rozmiękczone tolerancją chrześcijaństwo, piejące w zachwycie o „fałszywym pokoju”, wolności wyznania i dialogu międzyreligijnym.

W jego katolicyzmie było miejsce na szczęk mieczy średniowiecznych krzyżowców i „bezrefleksyjne”( jak mawiają dzisiejsi ‘uduchowieni’ moderniści) odmawianie pacieży w zakątku kościoła, przez starą kobietę.

„Współczesny Kościół traktuje wiernych jak wyborców. Entuzjazm wielkich mas przedkłada nad indywidualne nawrócenia.”

„Drugi Sobór Watykański bardziej niż zgromadzeniem biskupów był tajną konferencją biznesmenów poirytowanych tym, że stracili klientów.”

Mówił: „Katolicyzm jest moją ojczyzną”, choć po Soborze watykańskim II, według Dávili pozostałą już tylko modlitwa. Niedługo przed śmiercią wyznał: „Kościół umiera. Musimy być sami z Bogiem. Modlitwa jest jedynym inteligentnym czynem”.

„Demokratyczne wybory rozstrzygają o tym, kto będzie uciskany w majestacie prawa.”

„Wszystkie typowe wyrażenia nowoczesnej epoki są zakamuflowanymi bluźnierstwami.”

Dla Dávili idea demokratyczna jest niczym innym jak obrzydliwym bluźnierstwem, nową religią, zsekularyzowanego świata, zabijającą prawdziwy i rzeczywisty, hierarchiczny ład. Jak pisze Dávila „demokracja jest antropoteistyczną religią. Jej zasadą jest opcja o charakterze religijnym; akt, w którym człowiek uznaje człowieka za Boga. Jej doktryną jest teologia boskiego człowieka, jej polityką urzeczywistnienie tej zasady w działaniu, w instytucjach, w dziełach (…). Boskość, jaką demokracja nadaje człowiekowi nie jest ani figurą retoryczną, ani poetyckim obrazem ani wreszcie niewinną hiperbol, lecz ścisłą definicją teologiczną”. Dlatego Dávila napisze: „Totalna rebelia wzbiera w nas przeciwko ostatecznemu buntowi. Całkowite odrzucenie demokratycznej doktryny jest ostatnim i skromnym refugium dla ludzkiej wolności. W naszych czasach rebelia jest albo reakcyjna albo jest obłudną i tanią farsą.”

„Cywilizacje są letnim brzęczeniem owadów między dwoma zimami.”

„Nie należę do świata, który przemija. Przedłużam i przekazuję prawdę, która nie umiera.”

Czy znakomity pisarz widzi jakaś receptę na walkę z demokratycznymi demonami odbudowanie cywilizacji łacińskiej? Nie, gdyż „nie ma nic bardziej godnego pożałowania niż reakcjonista z receptami”. Nie znaczy to jednak, ze mammy przestać działać, odurzyć się i zatonąć w demokratycznym szambie. Mamy stać jak rzymski legionista, kiedy Wezuwiusz zasypał Pompeje popiołami. Do końca, gdyż nasz suweren – Jezus Chrystus nie odwołał i nigdy nie odwoła swojego rozkazu – walki o „społeczne panowanie Chrystusa.” Musimy zatem wytrwać na straconym posterunku.