Archive for the 'Artykuły' Tag

Marek Cichocki: Suwerenność i Europa

Zajęcie przez Europę centralnego miejsca w świecie stało się możliwe dzięki ukształtowaniu się w nowożytności nowego porządku politycznego: suwerennych, centralistycznie rządzonych państw terytorialnych.

Choć pojęcie suwerenności zmienia swe znaczenie, nie jest ono jeszcze anachroniczne ani antynowoczesne. Suwerenność dała niegdyś europejskim państwom terytorialnym możliwość niezwykle szybkiego rozwoju i integracji europejskiej. Mimo globalizacji wciąż jest dziś warunkiem wolności.

Pojęcie suwerenności wyłoniło się z długiego procesu przemian politycznych, które dokonywały się w Europie na przestrzeni od XIV do XVI wieku. Ani w świecie starożytnym, ani w średniowieczu pojęcie to nie funkcjonowało w znanym nam dziś rozumieniu. Raczej znajdziemy różne rozproszone jego aspekty w innych pojęciach politycznych, takich jak władza, autonomiczność, zwierzchność, imperium. Jednak w znaczeniu, jakie nadali mu tacy myśliciele, jak Marsyliusz z Padwy, Jean Bodin, Hugo Grotius czy Tomasz Hobbes, wcześniej nie spotkamy.

Suwerenność wiąże się więc ze swoistą rewolucją w rozumieniu polityki, która dokonała się w Europie wraz z nowożytnością. Dzisiaj w wielu dyskusjach jej przywoływanie czy obrona - zwłaszcza w kontekście takich transnarodowych zjawisk, jak integracja europejska czy globalizacja - uważane jest za oczywisty przykład politycznego tradycjonalizmu, wręcz pewnego ideowego wstecznictwa. Przywiązanie do suwerenności w polityce kwalifikuje się najczęściej jako brak zrozumienia dla wymogów nowoczesności, kurczowe i irracjonalne trzymanie się rozwiązań nienowoczesnych, nieefektywnych, będących nie na czasie. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ w XVI wieku pojęcie suwerenności miało całkowicie inny, polityczny oraz intelektualny kontekst - było synonimem nowoczesności, wiązało się z nadzieją na osiągnięcie maksymalnej efektywności i porządku w polityce.

Pojęcie suwerenności odzwierciedlało praktyczne zabiegi, jakie czyniono w czasach nowożytnych, by scentralizować i zracjonalizować władzę polityczną. Zakładano, że tylko taka forma suwerennej władzy politycznej jest zdolna maksymalnie zmobilizować materialne oraz ludzkie zasoby. I dlatego tylko ona pod postacią państwa terytorialnego potrafi skutecznie poprowadzić na wielką skalę procesy nowoczesności. Dla wielu myślicieli nowożytności suwerenna władza polityczna i tożsame z nią państwo terytorialne traktowane były jako najdoskonalszy wehikuł modernizacji w Europie.

Proces skupienia władzy w jednym ośrodku - w rękach suwerena - poddanie polityki rygorowi scentralizowanej biurokracji państwowej, centralnemu, państwowemu planowaniu, ujednoliconemu systemowi prawnych reguł, wreszcie, zamknięcie jej w sztywnych ramach państwa terytorialnego przyniosło Europie niespotykaną wcześniej maksymalizację politycznych środków, która przejawiła się, między innymi, w eksploracji całego świata, a później w ekstensywnej polityce kolonialnej w najdalszych jego zakątkach. Pozwoliło także zaprowadzić na kontynencie przewidywalność relacji międzypaństwowych, tworząc poczucie bezpieczeństwa, stabilności, odpowiedzialności, choć nie eliminując konfliktów zbrojnych.

Zajęcie przez Europę centralnego miejsca w świecie stało się możliwe dzięki nowożytności i ukształtowaniu się specyficznego dla niej politycznego porządku międzypaństwowego - jus publicum Europaeum. Był to porządek suwerennych, centralistycznie rządzonych państw terytorialnych. Państwa te występowały względem siebie jako autonomiczne, zamknięte podmioty polityczno-prawne, jako swoiste personae morales, które wchodząc we wzajemne relacje - czy to przez monarchiczne koligacje rodzinne, dyplomację czy wreszcie wojnę (rozumianą jako prowadzenie polityki innymi metodami) - tworzyły europejski porządek równowagi sił.. W tym systemie państwa występowały względem siebie jako integralne całości, niby-osoby, w równorzędnych, podmiotowych relacjach. I chociaż nie podlegały one - jak twierdził w XVIII wieku Vattel - we wzajemnych relacjach żadnym moralnym systemom wartości czy moralnym i prawnym instancjom, to właśnie jako integralne, racjonalnie uporządkowane, cywilizowane podmioty polityczne kształtowały je podług równie racjonalnych i cywilizowanych reguł dyplomacji lub sztuki wojennej. Jeden z obserwatorów przyrównał ten mechanizm stosunków międzynarodowych do menueta, pisząc, że: “W osiemnastym wieku, prawdziwej epoce równowagi [w Europie - przyp. M.C.], nastąpiło nagle renversement des alliances, zmiana figur niczym w menuecie, przypływ i odpływ tanecznej ruchliwości. Pary, które w trakcie tańca stykają się ze sobą na krótką chwilę, są często bardzo osobliwe, barwne niczym arlekiny. Panuje wieczny niepokój, podejrzliwość”.

Europejski porządek międzynarodowy, jus publicum Europaeum, nazywany także często porządkiem westfalskim - od pokoju westfalskiego w 1648 roku, oparty na zasadzie równowagi między suwerennymi państwami, pozwolił zracjonalizować relacje międzynarodowe w Europie i stworzyć nowoczesne prawo międzynarodowe. Uważany był za istotne osiągnięcie cywilizowanego świata, w przeciwieństwie do obszarów położonych poza Starym Kontynentem, gdzie przeróżne ludy żyły jeszcze - jak sądzono - w stanie natury.

Europejski międzynarodowy system suwerennych państw doznał pierwszego poważnego uszczerbku za sprawą rozbiorów I Rzeczypospolitej pod koniec XVIII wieku. Jeżeli zgodnie z koncepcją suwerenności państwowe organizmy można było przyrównać do swoistych personae w znaczeniu prawnym i moralnym, to rozbiory należy uznać za rodzaj europejskiego kanibalizmu, który dokonał się między “cywilizowanymi” państwami. Zasada suwerenności - jak już wspomniano - nie eliminowała konfliktów między państwami, lecz jedynie porządkowała je zgodnie z przyjętymi regułami równowagi sił. Jednak wzajemne uznanie suwerenności oznaczało, że państwa nie mogą prowadzić między sobą konfliktów o charakterze totalnym i egzystencjalnym - takich, które skutkowałyby wymazaniem jakiegoś państwa z mapy Europy. Oznaczałoby to bowiem zakwestionowanie podstawowej zasady porządku suwerennego państwa, a mianowicie wzajemnego uznania swej nieusuwalnej podmiotowości. Dlatego też wydarzenie rozbiorów słusznie skomentował Edmund Burke w 1772 następująco: “Obecny brutalny rozbiór i zabór Polski bez pretekstu wojny, nawet bez cienia racji, należy uznać za pierwsze poważne naruszenie współczesnego systemu politycznego Europy”.

Warto jednak pamiętać, że nowożytny proces racjonalizacji władzy politycznej i tworzenia się suwerenności terytorialnej nie przebiegał na kontynencie europejskim równomiernie. W całkowicie czystej postaci wykształcił się on we Francji oraz w państwie pruskim. W Wielkiej Brytanii zachodził z wyraźnym opóźnieniem i lokalną specyfiką (parlamentaryzm i supremacja władzy parlamentu). Wyraźne i uporczywe odstępstwo od reguł nowożytnej suwerenności wykazywała struktura związku szwajcarskiego oraz Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Także I Rzeczpospolita stanowiła na kontynencie wyraźną odmienność w sposobie definiowania władzy politycznej, a wytrwały sprzeciw Polaków wobec absolutum dominium był wyraźną rewoltą obywateli Rzeczypospolitej wobec suwerena i stał się trwałą cechą ustroju tej republiki. Nieprzypadkowo zresztą wszystkie te zrewoltowane wobec nowożytnej koncepcji suwerenności twory polityczne w Europie zostały ostatecznie zlikwidowane w podobnym czasie, na przełomie XVIII i XIX wieku. To w tym historycznym kontekście padają znamienne słowa Adama Mickiewicza w jego Prelekcjach paryskich: “Traktat westfalski zmienia położenie wszystkich państw europejskich; pochód historyczny narodów ulega w epoce tego traktatu gwałtownej zmianie; inne pojęcia, inne dążności biorą górę. [...] Polityka, która teraz nastaje, zasadza się na egoizmie, na interesie terytorialnym; ma na swe usługi przebiegłość ministrów. Obecnie celem dążeń będzie zaokrąglanie posiadłości; będzie się szukać naturalnych granic; po raz pierwszy pada nieszczęsne słowo: nieprzyjaźnie naturalne. [...] Teraz szukać się będzie naturalnych granic między ludźmi; teraz działać się będzie tylko w imię interesów materialnych, reprezentowanych przez interes terytorialny; rozległość, ważność terytorium stawia się wyżej nad zasady moralne. [...] Po traktacie westfalskim w poglądach i umysłach społeczności europejskiej zachodzi zupełna odmiana”. Ofiarą tej “zupełnej odmiany” miały paść Federacja Szwajcarska, Święte Cesarstwo i I Rzeczpospolita.

Wiek XIX to apogeum nowożytnej koncepcji suwerenności w Europie, która przyjmuje postać terytorialnego i narodowego państwa o ustroju demokratyczno-parlamentarnym. Ale jednocześnie był to początek jej końca. Apogeum przejawiało się w kolonialnej ekspansji i absolutnym europocentryzmie. Jednak już obie wojny światowe w XX wieku pokazały, że europejski system suwerennych państw pogrąża się w niemocy. Oba konflikty, pierwotnie o wewnątrzeuropejskich przyczynach, kończyły się niezbędną do zawarcia pokoju interwencją zewnętrzną Stanów Zjednoczonych. Suwerenne państwa wciąż były w stanie wywoływać konflikty, ale najwyraźniej utraciły zdolność budowania systemu pokoju i bezpieczeństwa. Zimnowojenny podział świata między dwa mocarstwa - USA i ZSRS - właściwie przypieczętował ostatecznie całkowitą marginalizację Europy i jej suwerennych państw - tej samej Europy, która przecież niespełna sto lat wcześniej uważała się jeszcze za pępek świata.

Strukturalnie integracja europejska wcale nie powstała więc jako odpowiedź na XX-wieczne totalitaryzmy. W sensie moralnym możemy, oczywiście, tak uważać i mamy po temu prawo. Jednak strukturalnie integracja wyrasta z tego samego zjawiska kryzysu terytorialnego suwerennego państwa narodowego, z którego swe racje czerpał w XX wieku syndykalizm, faszyzm czy komunizm. W przypadku tych ideologii odpowiedzią na zjawisko rozpadu jus publicum Europaeum była masowa demokracja, idea dyktatury, w końcu także koncepcja państwa totalnego, a wreszcie… ludobójstwo. W przypadku integracji europejskiej odpowiedzią jest supranacjonalizm, schłodzenie demokracji narodowych i rządy prawa. Nie oznacza to, że samo zjawisko suwerenności odchodzi do lamusa. Zanikają jedynie jej nowożytne desygnaty, takie jak granice, terytorialność, administracyjna centralizacja. Suwerenność staje się przez to mniej dosłowna, jest bardziej ukryta i realizuje się przede wszystkim w pośredni sposób: przez żywotność tożsamości w życiu publicznym i kulturalnym, zdolność do przenikania w struktury i instytucje ponadnarodowe oraz wpływ na nie, realne możliwości ekspedycyjne w zakresie militarnym, względne bezpieczeństwo energetyczne, tworzenie własnych systemów bezpieczeństwa wewnętrznego, szczególnie w obszarze cyberprzestrzeni, danych osobowych oraz zdolności finansowych. Oznacza to więc nie tylko zachowanie wrażliwości w sprawach utrzymania suwerenności, ale również jej definiowanie od nowa adekwatnie do wyzwań nowych czasów. Podmiotowa polityka musi się więc opierać zarówno na wrażliwości w sprawach suwerenności, jak i na adekwatnym jej definiowaniu. W dalszym ciągu nie zmieniło się bowiem jedno: zachowanie suwerenności nadal jest podstawowym warunkiem wolności.

Marek Cichocki

Autor jest filozofem, redaktorem naczelnym Nowej Europy (pisma, a nie tego bloga - zbieżność nazw przypadkowa) oraz współzałożycielem Teologii Politycznej. W 2007 był negocjatorem w sprawie traktatu konstytucyjnego oraz traktatu reformującego UE.

Nie żyje Pierre Pujo, długoletni przywódca Action Française

Krótkie wspomnienie autorstwa prof. Jacka Bartyzela.

Ze sporym opóźnieniem doszła do nas wiadomość o zgonie przywódcy Akcji Francuskiej: Piotr Pujo oddał duszę Panu 10 listopada ubiegłego roku, mając bez mała 78 lat.

Być może najważniejszą rzeczą, jaką należy we wspomnieniu o Nim powiedzieć jest to, że w wielkiej mierze to dzięki Jego wytrwałości i oddaniu sprawie Francji suwerennej i królewskiej można zadać kłam tej jakże często spotykanej nawet w poważnych opracowaniach naukowych (dez)informacji, jakoby Action Française przestała istnieć w 1944 roku, wraz z aresztowaniem i skazaniem Karola Maurrasa i Maurycego Pujo.

Ś.p. Piotr Pujo był właśnie synem tego ostatniego – współzałożyciela (wraz z Henrykiem Vaugeois) w 1899 roku Komitetu Akcji Francuskiej, przekształconego w 1908 roku w Ligę Akcji Francuskiej (Ligue d’Action française), oraz jej formalnego szefa od 1940 roku do śmierci (1955). Urodził się 19 listopada 1929 roku w Boulogne-Billancourt. Jego matka, Elżbieta Bernard, była kuzynką „małej Tereski” – karmelitanki św. Teresy z Lisieux. Od 15 roku życia Pujo był zaangażowany w działalność organizacji kierowanej przez ojca a podstawy doktrynalne zawdzięczającej Maurrasowi. To ostatnie trzeba jednak traktować z dużą przenośnią, gdyż obaj, sędziwi, już przywódcy przebywali wówczas w republikańskim więzieniu: Maurras skazany na dożywocie, Pujo-senior na pięć lat (w 1947 został warunkowo zwolniony). Liga zaś działała w podziemiu, zresztą zdelegalizował ją już w 1936 roku socjalistyczny rząd Bluma. Dopiero w 1955 roku możliwe było powołanie legalnej i jawnej organizacji, lecz nie pod nazwą Action Française, formalnie zakazaną po „wyzwoleniu”. Przybrała ona nazwę: Restauracja Narodowa. Centrum Propagandy Rojalistycznej i Akcji Francuskiej, a jej pierwszym szefem został Ludwik hr. de Roux.

Mały Piotr bawił się na kolanach Maurrasa, który mówił do niego „mon ami Petros”. Gdy podrósł, uczęszczał do kolegium prowadzonego przez jezuitów w Lyonie, a następnie do elitarnego Liceum Stanisława w Paryżu, po którego ukończeniu wstąpił do Instytutu Studiów Politycznych. Zbiegiem okoliczności, jego kolegą był tam przyszły prezydent V Republiki, Jakub Chirac, mocno zresztą wówczas komunizujący. Nie kolportował on bynajmniej, jak Pujo, rojalistycznych „Aspects de la France”, lecz organ FPK „L’Humanité”. Piotr, po uzyskaniu licencjatu z prawa, a następnie z nauk humanistycznych, ukończył jeszcze Instytut Techniczny Bankowości i rozpoczął, trwającą dwanaście lat, pracę w banku Crédit Lyonnais.

W 1962 roku ówczesny Komitet Polityczny AF doszedł jednak do wniosku, że warunkiem przetrwania idei narodowo-monarchistycznej jest pokierowanie organizacją przez nowych ludzi, młodych i energicznych. Pujo, do którego również się zwrócono, wyraził zgodę natychmiast. Porzucił świetnie zapowiadającą się karierę finansisty i poświęcił całkowicie resztę życia sprawie nie mającej najmniejszych widoków powodzenia. Dokładnie na odwrót niż dzisiejsi politycy demokratyczni, którzy po wyczerpaniu wszystkich dokonywanych na nich kuglarstw pijarowskich, miękko lądują na tłustych synekurach w bankowości. Ale Pujo był człowiekiem idei, a nie z demo-establishmentu.

Swoją działalność Pujo rozpoczął jako redaktor naczelny miesięcznika studenckiego Restauracji Narodowej „Action Française Université”, w 1966 roku objął zaś redakcję głównego organu organizacji „Aspects de la France”, które od 1992 roku zaczęły wychodzić pod tytułem „L’Action Française Hebdo”, a od 1998 (po dziś dzień) jako „L’Action Française 2000”. Po śmierci (14 VII 1971) kolejnego szefa RN, Bernarda Milleta, Pujo został następnym przewodniczącym, łącząc – aż do śmierci – przywództwo ruchu z kierowaniem gazetą. Dodać należy, że od scysji w 1998 roku z delegatem krajowym RN (w partiach polskich odpowiada to funkcji sekretarza), Hilarym de Crémiers, któremu sąd przyznał prawo do używania nazwy Restauration Nationale, obecna pełna i oficjalna nazwa nurtu „historycznego” AF, któremu przewodził Pujo, brzmi: Centrum Rojalistyczne Akcji Francuskiej (Centre royaliste d’Action française).

Obraz sytuacji, w której Pujo podejmował swoją decyzję byłby rażąco niepełny, gdyby nie wspomnieć, że w 1962 roku rozgrywał się ostatni akord walki wszystkich obrońców Algierii Francuskiej przeciwko szefowi państwa, który zdecydował porzucić tę sprawę, a wraz z nią oddać na pastwę (tragicznego) losu setki tysięcy nie tylko białych Francuzów z Afryki Północnej, ale również wiernych Francji algierskich muzułmanów (tzw. harkis). Walka ta była, jak wiadomo, obustronnie bezwzględna, jak każda wojna domowa, dzieląca dotychczasowych braci i przyjaciół, by wspomnieć choćby, że wśród przywódców OAS był jeden z najbliższych dotąd współpracowników de Gaulle’a – Jakub Soustelle, a na czele jej politycznej nadbudowy, czyli Krajowej Rady Ruchu Oporu (CNR) stanął były minister spraw zagranicznych de Gaulle’a, chadek Jerzy Bidault. Action Française, chroniąc swoja autonomię, nie weszła formalnie w skład OAS i CNR, ale w walkę po jej stronie była w zupełności zaangażowana. Wejście Pujo do kierownictwa ruchu dokonało się więc w tym momencie kiedy wielu działaczy AF było internowanych w obozach koncentracyjnych w Thol i Saint-Maurice l’Ardoise. Sam Pujo uniknął aresztowania, ale był wielokrotnie przesłuchiwany i nękany przez siły bezpieczeństwa V Republiki. Więcej szczęścia miała AF podejmując w 1974 roku aktywną obronę związku z metropolią malutkiej wysepki Mayotte na Komorach, które mieszkańcy w referendum zadecydowali odrzucili „niepodległość”.

Kolejne „gorące” lata nadeszły w i po maju 1968 roku, kiedy AF wzięła na siebie w dużej mierze ciężar obrony ulic Paryża przed lewacką anarchią, organizując, nie ustępujące gaullistowskim, potężne kontrmanifestacje, zawsze prowadzone osobiście przez Pujo. W jednej z nich (15 VI 1969) został ciężko pobity przez policję (sic!) sekretarz generalny RN, Piotr Juhel.

Lata 70. i 80. ubiegłego wieku stały z kolei pod znakiem walki, wciąż zresztą kontynuowanej, z narastającą „cywilizacją śmierci”: legalizacją zabójstw prenatalnych (wprowadzoną za „prawicowego” prezydenta Giscarda d’Estaing i z inicjatywy „ocalonej z Holocaustu” minister Veil), dalszym rozszerzeniem prawa rozwodowego, wprowadzeniem do obiegu aptecznego „pigułki aborcyjnej”, bluźnierczym filmom od Ostatniego kuszenia Chrystusa po Kod Da Vinci, legalizacją i przyznaniem „praw socjalnych” związkom sodomitów – krótko mówiąc z tym, co jeden z redaktorów „L’Action Française 2000”, Michał Fromentaux, nazwał „tyranią praw człowieka, niszczącą wszystkie więzi społeczne”.

Drugim polem walki narodowców – monarchistów jest obrona suwerenności Francji w konfrontacji z eurokracją. Na tym polu osobista rola Pujo była szczególnie ważna, ponieważ to on wypracował i przedstawił koncepcję „kompromisu nacjonalistycznego”, zdolnego połączyć działania najbardziej odległych ideowo i politycznie sił: od rojalistów, poprzez konserwatystów de Villiersa, „prawdziwych” gaullistów” Pasqua i Séguina, nacjonalistów Le Pena, po neojakobinów i patriotycznych socjalistów, stojących na gruncie republiki „jednej i niepodzielnej”, i z tych pozycji przeciwstawiających się wyprzedaży suwerenności Francji w traktatach z Maastricht, Amsterdamu i Lizbony. To z inicjatywy Pujo odbyły się w 1999 roku Stany Generalne dla Suwerenności oraz wielka manifestacja w Wersalu przeciwko ratyfikacji Traktatu Amsterdamskiego. Symbolicznym dowodem ponadpartyjnej postawy AF było poparcie w 1992 roku „suwerenistycznej” kandydatury socjalisty Jana Piotra Chevènementa w wyborach prezydenckich, jak również wzięcie we wrześniu w 2006 roku udziału w uroczystościach w rocznicę bitwy stoczonej pod Valmy przez I Republikę z zagraniczną interwencją.

Action Française walczy nadal, lecz Piotra Pujo nie ma już w jej szeregach i na jej czele. Co po nim pozostało? Na pewno idea główna szkoły maurrasowskiej, którą przekazywał (tradere) przez prawie pół wieku: „pięcioprzymiotnikowej” monarchii tradycyjnej, chrześcijańskiej, dziedzicznej, zdecentralizowanej i reprezentatywnej, tudzież tego specyficznego i niepowtarzalnego połączenia „doktryny w działaniu” (doctrine en action) z „działaniem zreflektowanym” (action réfléchie). Także książki: cztery tomy edytoriali (Aspects de la vie politique), Le Droit national et nous (1971), Actualité de la monarchie (1974), L’Action française et la Maison de France (1987), ankieta La monarchie aujourd’hui (1988), Un demi-siècle d’Action française (1944-1999) (1999), L’Autre résistance : L’Action Française sous l’Occupation (2004). Dla mnie osobiście: miła, odręczna dedykacja na egzemplarzu książki o powojennym półwieczu Akcji Francuskiej. Chciałem Go zaprosić w tym roku do Polski, w związku z setną rocznicą powstania, manifestu i dziennika Ligi Akcji Francuskiej. Nie mogę już tego uczynić. Mogę już tylko pomodlić się za Jego duszę i prosić innych o to samo, aby sprawiedliwy i miłosierny Sędzia ludzkich spraw nagrodził jego trud niełatwego wiosłowania na coraz bardziej tonącej, francusko-katolickiej barce.

Jacek Bartyzel

Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis. Requiescant in pace. Amen.

Upadek państwa demoliberalnego na przykładzie włoskiej Kalabrii

Mój stary artykuł.

W sobotnim wydaniu Rzeczpospolitej w dodatku „Plus-Minus” przeczytałem tekst Piotr Kowalczuka „Kalabria - protektorat mafii”. Autor, być może nie zdając sobie z tego sprawy, pokazuje znakomicie jak wygląda państwo demoliberalne w praktyce.

Cała rzecz ma miejsce w Kalabrii, a konkretnie chodzi o włoską organizację przestępczą, popularnie zwaną mafią, choć konkretnie organizacja nazywana „Mafią” była związana z Sycylią. Kalabryjska odmiana mafii to ‘ndrangheta (co w języku greckim oznaczało siłę ducha i prawość), składająca się z luźno powiązanych klanów, opartych na związkach krwi. Opanowała ona południową część „włoskiego buta”, prowincję zwaną Kalabrią, a jej krociowe zyski związane są przede wszystkim z handlem kokainą.

Panorama historyczna

Przechodząc do meritum sprawy trzeba wspomnieć, że w Kalabrii społeczeństwo w dużej mierze opiera się na stosunkach quasi-feudalnych, pozostałych jeszcze od czasów średniowiecza. Początek rozkwitu różnych tajnych organizacji wchodzących na drogę przestępczą, wiąże się ze zjednoczeniem Włoch, złamaniem przywilejów lokalnych i centralizacją prowincji, które nigdy nie tworzyły wspólnego państwa, a tym bardziej państwa opartego na nowoczesnym, scentralizowanym systemie biurokratycznym, gdzie połamane są wszystkie uprawnienia i przywileje lokalne.

Niech nas nie zwiedzie ustrój powstały po zjednoczeniu królestw i księstw Półwyspu Apenińskiego. Już od czasów tzw. „Wiosny ludów” i wprowadzenia konstytucji Królestwo Piemontu (to ono dokonało zjednoczenia Włoch z niemałą pomocą karbonariuszy, masonerii i zwykłych rewolucjonistów – szacuje się że w 1890 roku w parlamencie włoskim na 540 posłów, 300 należało do masonerii) było ostoją liberalizmu, wzorującego się na stosunkach panujących w Anglii, przede wszystkim w partii Whigów. Do tego dochodził antykatolicyzm warstwy rządzącej, ukształtowany na indywidualistycznej wizji jednostki, wierze w postęp i „walce z zabobonami”. Konsekwencją postawy antykatolickiej była seria ustaw antykatolickich, sankcjonujących kasacje zakonów, grabieże klasztorów i sakralnych dzieł sztuki, wprowadzenie ślubów cywilnych, poddanie księży i kleryków obowiązkowej służbie wojskowej (!). Papieża w propagandowych artykułach i publicznych wystąpieniach nazywano „czarnym upiorem”, „królem ciemności”, „nowoczesnym Judaszem”. Normalizacja stosunków z papieżem rozpoczęła się dopiero za czasów rządów Mussoliniego, czego przykładem było podpisanie „paktów laterańskich”.

Centralizacja przeprowadzona przez rządy Królestwa Włoch, z liberałem Cavourem na czele, doprowadziła do obalenia miejscowych dynastii i arystokratów, tworząc pole nadużyć dla bezdusznych urzędników, ścigających drakońsko wysokie podatki (w 1968 wprowadzono nawet podatek od mielonego zboża (!), konsekwencją tych działań była insurekcja biedoty wiejskiej, a liczba ofiar wyniosła ok. 250), wcielających mężczyzn do przymusowej armii z poboru i łamiących lokalne prawa oraz przywileje, często obowiązujące od wieków. Zniszczono wszelkie odrębności prowincjonalne, stanowe oraz zmniejszono radykalnie znaczenie ciał pośredniczących, będących od zawsze tamą dla biurokracji i zabezpieczeniem podstawowych wolności społecznych.

Porządek metapolityczny

Konserwatyści i tradycjonaliści, odrzucają tezę jakoby człowiek był wolnym elektronem i jednostką samowystarczalną. Liberałowie hołdując tym wyobrażeniom, choć często jest to cyniczna propaganda na użytek ludzi, uważających się za warstwy oświecone państwa, szybko podporządkowują sobie kolejne sfery życia publicznego. Konserwatywna wizja państwa polega na stworzeniu wielu naturalnych zabezpieczeń, takich jak parafie, gminy, prowincje i inne ciała pośredniczące oraz pozostawienia w ich gestii (jako urządzeń wytworzonych drogą naturalną, jeszcze przed powstaniem państwa) uprawnień dotyczących sfery społecznej życia ludzkiego, przy jednoczesnej monopolizacji sfery politycznej.

Odwrotnie jest w państwach demoliberalnych. Otóż demoliberałowie i ich następcy – socjaliści, szybko monopolizując sferę działań społecznych człowieka, tak samo szybko rozmywają pojęcie suwerenności politycznej. Monopolizacja sfery społecznej prowadzi przede wszystkim do wtłoczenia człowieka w bezwzględny aparat represji urzędniczej, „przerobienia” go na „numerek ewidencyjny” i maksymalnego odczłowieczenia. Człowiek nie nazywa się już „Jan Kowalski”, ale jest określany jako numer, na długiej liście podobnych numerów.

Tak samo wybory centralne stają się polem popisu dla „cyfrokracji”. Ludzie nie głosują już na kandydatów lokalnych, ale na bliżej im nieznanych polityków z centralnych aglomeracji państwa, narażając się jednocześnie na bezwzględną propagandę wtłaczaną im przez media, będące pasem transmisyjnym wszelkich idei postępowych. Media prowadzą bowiem nieustającą kampanie rozmywająca pojęcie władzy, a tym samym wzmacniającą własną rolę, jako trybuna ludowego, sługi nowego cezara – bezosobowego kapitału. Jednocześnie prowadzą rozbudowaną kampanię na rzecz zwiększenia przywilejów socjalnych, czyli nowoczesnej wersji „panem et circensem”. Sytuacja ta jest jak najbardziej korzystna dla demoliberalnych warstw rządzących, gdyż po rozmywa ich odpowiedzialność za bezpieczeństwo państwa, daje możliwość prywatnych przedsięwzięć na styku państwa i gospodarki i jednocześnie możliwość zatrudnienia armii urzędników, kontrolujących życie społeczne, w nieznanym do tej pory zakresie, przy całkowitej bierności społeczeństwa

Porządek polityczny

Wszystkie społeczności odizolowane od głównych centrów zarządzania państwem wytwarzają odmienną kulturę i sposób życia, od tego przyjmowanego za oczywisty w wielkich aglomeracjach. Przykład Kalabrii pokazuje, jak związki lokalne i związki krwi są ważne dla małych społeczności. Państwo, uzurpujące sobie funkcje przynależne społeczeństwu a jednocześnie pozbywające się sobie właściwych funkcji policyjnych i porządkowych, staje się niewystarczającym gwarantem ładu publicznego. W tym momencie pojawia się na scenie mafia – organizacja przestępcza, która „za ochronę” pobiera mniejsze datki, daje części mieszkańców możliwość zatrudnienia w przedsiębiorstwach – które nie są publiczne, ale należą do szefów mafii, czyli muszą przynosić zyski, a tym samym podatnicy nie muszą do nich dokładać. Mafia tworzy ład społeczny bezwzględnie eliminując ludzi, którzy ten lad chcieliby naruszyć (brak kary śmierci w państwach Europy!). Oczywiście, w organizacji – w której członkostwo i stosunki z założenia są tajne, a sama organizacja wchodzi na pola działalności przestępczej – musi dochodzić do wypaczeń, jednak dla ludności lokalnej działalność mafii daje w ostatecznym rozrachunku korzyści, których nie może zagwarantować państwo.

Na koniec warto zauważyć, że działalność mafijną na Sycylii, w latach 20, zdołał zdławić jedynie przedstawiciel reżimu faszystowskiego (reżim będący mieszanką nacjonalizmu, etatyzmu i kultu wodza), w którym władza, pomimo, że wchodzi w pola działalności społecznej (choć na początku lat 20 reżim Mussoliniego, a przede wszystkim minister finansów Alberto De Stefani przeprowadził liberalne gospodarczo reformy, niespotykane w całej historii Włoch – redukując wydatki państwowe, znosząc monopole, taryfy protekcyjne, ograniczając umowy zbiorowe, stabilizując lira metodami „monetarystycznymi”, później, wraz z kryzysem lat 30, państwo włoskie poszło w kierunku etatyzmu), to nie odrzuca suwerenności politycznej.

Wyrzekając się złudnej idei „państwa prawa”, działając metodami administracyjnymi, nie zważając na brak dowodów winy, zdołano zdusić mafię sycylijską, zamykając na podstawie decyzji administracyjnych większość przywódców klanów sycylijskich. Ten aspekt działalności państwowej pokazuje, że tylko zdecydowane działania suwerena politycznego, nie obliczone na poklask demoliberalnej klasy inteligenckiej, lubującej się w teoretycznych dywagacjach, może doprowadzić do przywrócenia ładu publicznego. Hiszpański myśliciel tradycjonalistyczny – Juan Donoso Cortés – stwierdził w swojej znakomitej mowie „O dyktaturze”, że kiedy obniża się stopień religijności, podwyższeniu musi ulec stopień natężenia władzy politycznej. Miał rację.

Średniowiecze vs. współczesność

Według demokratów, liberałów, libertynów i innych sług Rewolucji średniowiecze, a także dalsze wieki, aż do czasów rewolucji francuskiej, uchodzą za czasy ucisku, ciemnoty, nędzy i zacofania. Według nich był to okres, kiedy ludem rządzili podli ciemiężyciele, wyzyskiwacze i tyrani, wykorzystujący go dla swoich potrzeb, nie pozwalający rozwijać mu się duchowo, kulturalnie i intelektualnie. Czas rozprawić się z tym mitem, jako papką propagandową wciskaną nam przez kolejne pokolenia pseudointelektualistów. Po pierwsze, istnieją dwa założenia w myśleniu demoliberałów, które każą patrzeć na średniowiecze jako na wiek ucisku. Pierwsze założenie ma charakter ekonomiczny, drugie kulturalno-społeczny i religijny.

Pierwsze stwierdzenie jest bardzo proste do obalenia. Wystarczy podać kilka argumentów, które przytacza Hans Hermann-Hoppe w swojej książce „Demokracja, bóg który zawiódł”. Po pierwsze czasy, aż do rewolucji francuskiej, były okresem tzw. „rządu prywatnego”. Władca, który sprawował władzę w danym państwie, nie był obieralnym, bezpłciowym ciałem politycznym, ale realną osobą, mającą realne interesy, zarówno gospodarcze, jak i polityczne. Wystawiony był na światło publiczne i to on ponosił odpowiedzialność za swoje czyny. Mając na uwadze osobisty interes gospodarczy starał się nie drenować nadmiernie swoich poddanych, wiedząc, że jego własność – czyli państwo, powinna służyć następnym pokoleniom jego potomków. Przedkładał dobra późniejsze nad dobra wcześniejsze, zatem jego preferencja czasowa była niska i prowadziła do szybkiego rozwoju państwa. Zupełnie inaczej ma się to w rządach demokratycznych, gdzie występuje tzw. „rząd publiczny”. Jest to ciało obieralne, najczęściej na bardzo krótki okres. Nie patrzy zatem w przyszłość, nie stara się pomnażać majątku, a jego preferencja czasowa jest bardzo wysoka. Dobra teraźniejsze przedkładane są nad późniejsze, które najpewniej nie będą dostępne w przyszłości dla rządzących w sposób demokratyczny. Rządy te mają to do siebie, że w krótkim czasie próbują zagarnąć i skonsumować jak najwięcej dóbr, które są w danym momencie dla nich osiągalne. Na poparcie tych tez wystarczy przytoczyć wskaźniki dotyczące wykorzystania przez rządzących ilości produktu narodowego. O ile „rząd prywatny” korzystał z ok. 6-8 % dóbr wytworzonych przez lud, to „rząd publiczny” zabiera ok. 50% produktu narodowego swoich obywateli, uważając to jednocześnie za wielki zaszczyt dla nich, skoro mogą oni „uczestniczyć w rządzeniu państwem”.

Drugi argumentem synów i córek Rewolucji jest zacofanie społeczno-kulturalne i religijne. Spójrzmy jednak, chociażby na architekturę średniowiecza i porównajmy ją z czasami współczesnymi. Czy to właśnie nie „zacofane” średniowiecze stworzyło, i to bez pomocy wyrafinowanej techniki, przepiękne, strzeliste katedry gotyckie, doskonale odzwierciedlające boską naturę? Wstyd to powiedzieć, ale nawet dzisiejsze kościoły wyglądające, jak nie przymierzając bunkry, ukazują upadek sztuki współczesnej. Innym powtarzającym się argumentem „intelektualistów” jest obskurantyzm religijny średniowiecza. Trzeba pamiętać jednak o tym, że religia gwarantowała wówczas ład, porządek i pokój między ludźmi. Ludzie wtedy nie nastawiali się wyłącznie na konsumpcję i mięli na uwadze cel najwyższy – czyli zbawienie. To przecież wiek XX, kiedy według współczesnych religia stała się przeżytkiem, przyniósł wyniszczające rewolucje społeczne i konflikty światowe o olbrzymim rozmiarze i milionach ofiar. Czy te wielkie przemiany kulturowe, które miały przynieść uwolnienie się od ciemnoty, nie sprowadzają się tak naprawdę do milionów „przeżuwaczy” zasiadających przed telewizorem i wpatrujących się w „reality shows” i tasiemcowe telenowele? Kultura wysoka była zawsze udziałem elity i zwykle po jakimś czasie spływała na gorzej wykształcony lud. Obecne czasy przyniosły raczej afirmację chamstwa, które nie dość, że mamy cierpliwie znosić, to powinniśmy je jeszcze „legitymizować”, jako „kulturę wysoką”. Nie warto już nawet pisać o „tolerancji” dla zboczeń, która stała się niejako składnikiem obecnych zachowań publicznych. Czy byłoby to do pomyślenia w średniowieczu, a nawet do czasów XX wieku?

Obecne czasy, to wiek lewicowo pojmowanej wolności, gdzie człowiek nie jest już odpowiedzialny za swoje działania, a wszelkie zbrodnie kładzie się na karb źle funkcjonującej rodziny lub społeczeństwa. Natomiast, każdy eksces i chamstwo ma być afirmowane jako przejaw „zdrowej” wolności i prawa do ekspresji.

Walka o kulturę w postnowoczesnym świecie a nieuchronne zderzenie cywilizacji

Świat postnowoczesny jest nie-rzeczywistością, która nas otacza, czy chcemy tego czy też nie. Czy odczuwamy dla niego pogardę czy też zatapiamy się w nim bez reszty. Ten świat oczywiście nie będzie wieczny, przeminie jak każda epoka, ponieważ, skoro cywilizacje mają swoje narodziny, swój rozkwit, tak samo muszą umrzeć. A my właśnie żyjemy epoce, kiedy szeroko pojęta cywilizacja zachodnia dokonuje swojego żywota.

Przejdźmy jednak do meritum, a mianowicie tego jak wygląda argumentacja szeroko pojętej prawicy w sporach o kulturę, z obozem lewicowo-liberalnym. Sam podział na prawicę i lewicę jest wynalazkiem ściśle europejskim, który nigdzie indziej nie wytworzył się w podobny sposób.

Ogólnie rzecz biorąc, za prawicę sensu stricto można uznać ludzi, którzy przyjmują pochodzenie władzy „od góry” i kierują się takimi wartościami jak tradycja, elitaryzm, hierarchia, dyscyplina. Prawica podświadomie odwołuje się do tradycji sakralnej, z jasnym podziałem ról: na kapłanów, wojowników i kupców. Świat prawicy to świat męski, solarny, ceniący sobie honor, lojalność, odwagę.

Lewica to pojmowanie pochodzenia władzy „od dołu”, czego przykładem jest chociażby tak bardzo promowana teoria ewolucji, gdzie istoty wyższe pochodzą od istot niższych, co znakomicie wpisuje się w egalitarystyczne myślenie lewicy, oraz teorię jakoby władza pochodziła od ludu, a rządzący byli jedynie jej depozytariuszami. Lewica wierzy w równość, ogólnoludzkie braterstwo, czyli odwołuje się do mitów chtonicznych, gdzie Matka-Ziemia jest matką całej ludzkości, a lud staje się nosicielem suwerenności.

Walka tocząca się miedzy prawicą a lewicą, tak naprawdę nie toczy się o to, która partia wygra wybory, które ugrupowania zdobędzie ten czy inny stołek, ale który z dwóch obozów zdobędzie władzę kulturową w społeczeństwie. W świecie postnowoczesnym, skażonym demoliberalnym myśleniem, prawica – o ile jeszcze zdaje sobie sprawę z tego, co to znaczy być prawą – musi zrozumieć, że lewicowy obóz demoliberalny bitwę o kulturę wygrał kilkadziesiąt lat temu, kiedy to zakończyła się europejska wojna domowa, trwająca przeszło 20 lat.

Imperium Americanum, wraz ze swoją ideologią demokratyczno-mesjanistyczną, przy pomocy wodza Imperium Sovieticum, ustaliło oficjalną historię – demokraci stali się ‘tymi dobrymi’, komuniści – ‘trochę gorszymi’, lecz nadal członkami „obozu postępu”, natomiast cała reszta została nazwana obozem nazistowskim lub faszystowskim – nazwy używane wymiennie. Ostatnia wojna eschatologiczna dobiegła końca, a jej owoce zbieramy do dziś.

W szeroko pojęty obóz faszystowski zdołano wtłoczyć wszystkie ugrupowania i partie będące na prawo od prawicowych liberałów i chadeków w stylu Adenauera, państwowca Charles`a de Gaulle, które tylko dlatego mógł sprawować rządy we Francji, że już w 40 roku odciął się do marszałka Pétaina.

Natomiast całą plejadę konserwatywnych, nacjonalistycznych i tradycjonalistycznych przywódców państw wsadzono do jednego wora z, ucieleśnieniem przecież amerykańskiego mitu „od pucybuta do milionera”, Hitlerem, który to został wybrany w całkiem demokratycznych wyborach. Generał Franco, prof. Salazar, Pétain, admirał Horthy, dr Dollfuß, kapitan Codreanu, w większości rzymscy katolicy, obrońcy starej Europy, ludzie dla których czynniki ekonomiczne nie były najważniejszym celem istnienia państwa, zostali skazani. Większość z tych przywódców musiała, pod groźba zniszczenia i „polonizacji” (czego obawiał się np. marszałek Petain, spodziewając się, że w razie jego ustąpienia Francja podzieli losy Polski) państwa, współpracować z Hitlerem, Salazar pozostał neutralny, kanclerza Dollfußa zamordowali austriaccy członkowie NSDAP. Jednak los pamięci o nich, w powojennej Europie został przypieczętowany, łatka faszysty jest nie do zdarcia.

W nowej rzeczywistości powojennej, w wielu państwach, znaczącym czynnikiem szerokich koalicji rządowych stali się członkowie partii komunistycznych, trockistowskich i marksistowskim, ostatecznie ewoluujących w kierunku eurokomunizmu, czego przykładem jest choćby prezydent Włoch – Georgio Napolitano. To właśnie włoski teoretyk marksizmu – Antonio Gramsci – stworzył pojęcie „władzy kulturowej”. Choć we Włoszech komuniści byli przez 50 lat w opozycji, nie mięli dostępu do MSW, czy też Ministerstwa Edukacji, to oni zdołali zdominować życie kulturalne Włoch, potrafili stworzyć pewne mechaniczne skojarzenia, które wbija się dzieciom już od pierwszych lat przedszkola i szkoły. Wolność, równość, braterstwo – wielka triada lewicy, która prowadzi do rozmiękczenia władzy i społeczeństw – stała się obowiązującym ideałem, do którego należy dążyć, choć oczywiście pustym w swojej treści. Władza, zamiast zajmować się jej właściwymi kompetencjami, negocjuje z górnikami, pielęgniarkami i innymi grupami społecznymi. Skoro jednak władza pochodzi od dołu, od ludu, to demoliberalne rządy są na to skazane, przy okazji realizując swoje własne prywatne interesy. Bardzo wygodna postawa.

W obecnych czasach, kiedy społeczeństwa przeszły już rewolucję 68 roku, kiedy suwerenny lud za „prawa człowieka” uznał, już nie tylko prawa polityczne, ale tzw. „prawa pozytywne”, czyli socjał w czystej postaci, także prawica, nawet ta uważająca się za skrajną, zmieniła sposób argumentacji. O ile jeszcze w XIX w. prawica, czyli konserwatyści, tradycjonaliści i część arystokratycznych liberałów odwołuje się do sfery ducha, natomiast „ekonomizacja” życia pozostaje w rekach lewicy od – liberałów po socjalistów, tak od początków XX w., po wygranej bitwie o kulturę przez lewicę, prawica ogranicza swoje argumenty do spraw ekonomicznych.

Jedynie lata 20, a przede wszystkim 30 przyniosły pewne odrodzenie chrześcijańskiego ducha rycerskiego, zarówno w katolicyzmie, jak i w prawosławiu. W prawosławiu był to fenomen Legionu św. Michała Archanioła, stworzonego od podstaw przez Corneliu Zelea Codreanu, który był nie tyle ruchem politycznym, ale szkołą myślenia, neozakonem odwołującym się do tradycji średniowiecznych zakonów rycerskich, kładącym główny nacisk na rozwój duchowości. Natomiast w krajach katolickich, odrodzenie religijności nastąpiło głównie w Hiszpanii i w Portugalii. Wiąże się to z objawieniami w Fatimie i duchem krucjaty, wytworzonym w latach 36-39 w Hiszpanii.

Zanik odwoływania się do zasad transcendentnych i ład ponadnaturalnego jest konsekwencją przejęcia władzy kulturowej przez lewicę. Broniąc takich bohaterów jak Franco, Salazar, czy też Pinochet, prawica – o ile ma na tyle odwagi, aby podjąć się ich obrony – odwołuje się jedynie do takich spraw, jak powstrzymanie ruchu komunistycznego i czynników ekonomicznych, bogacenia się obywateli, wzrostu gospodarczego, itd. Prawica nie wspomina w ogóle o zatrzymaniu laicyzacji i sekularyzacji społeczeństw, utrzymaniu dominującej pozycji Kościoła w społeczeństwie – tam gdzie zwyciężyli Salazar, Pinochet, Franco. A przecież taka instytucja jak Kościół, oprócz swojego głównego zadania – zbawienia dusz – jest pomocna w utrzymaniu ładu społecznego. Jedynie władza, która ma oparcie w porządku wyższym, jest w stanie zwalczać egoistyczne interesy grupowe i wzmacniać państwo w takich sferach jak wojskowość, polityka zagraniczna, wymiar sprawiedliwości, czyli elementach właściwego ładu.

Według teorii „bazy i nadbudowy” marksiści udowadniali, że „byt kształtuje świadomość’, jest jednak całkowicie odwrotnie. Jak pokazuje historia , to przemiany w świadomości społecznej doprowadzają do przemian w sferze ekonomicznej, dlatego prawica powinna zająć się przede wszystkim walką o ludzkie umysły i zmianą ich nastawiania do takich idei jak Bóg, tradycja, ojczyzna, rodzina. Jedynie narody, które posiadają jasny cel własnego istnienia, będą w stanie wygrać w nadchodzącym zderzeniu cywilizacji. Jak jasno pokazuje nam historia, w starciach cywilizacji, to nie społeczności bogatsze zwyciężały, ale te, które miały więcej wiary we własne siły, w których ludzie wierzyli, iż mają oparcie w Bogu.

Nicolás Gómez Dávila - obrońca cywilizacji rzymsko-katolickiej

Na początek mój stary artykuł.

Wczoraj przypadała 13 rocznica śmierci Nicolása Gómez Dávila, a dziś przypada 94 rocznica śmierci tego wielkiego człowieka, mistrza aforyzmu, ostatniego reakcjonisty, pogrobowca wczesnego średniowiecza i miłośnika literatury klasycznej.

Nicolás Gómez Dávila przyszedł na świat w Bogocie 18 maja 1913 roku; umarł w Bogocie, 17 maja 1994 roku. W wieku 6 lat wyjechał rodziną do Francji, gdzie uczęszczał do kolegium benedyktyńskiego. Tam zachorował na zapalenie płuc, z powodu którego został przykuty do łóżka na prawie dwa lata. Pobierał wtedy lekcje u filologów klasycznych i filozofów, co zaowocowało ogromnym uwielbieniem dla literatury klasycznej.

„Osiągnąłem mój jedyny cel: oddać się snowi życia w bibliotece.”

Po powrocie do Bogoty, w latach 30-stych, rozbudował swoją prywatną bibliotekę do ogromnej liczby, 30 tyś. woluminów, wszystkich w językach oryginalnych. „Trzeba by być całkiem nieczułym na urok starych książek, aby nie odczuć pola sił w bibliotece Nicolása Gómeza Dávili. Małe okna przepuszczają tylko załamane światło dnia, na niebiesko-czerwonym dywanie ustawione są, symetrycznie jak wartownicy, skórzane fotele; przed zamkniętym kominkiem stoi gazowy piecyk. Od podłogi po sufit piętrzą się szeregi pergaminowych, oprawnych w świńską skórę lub czerwony safian najpiękniejszych druków z Wenecji, Amsterdamu i Paryża. Pewien wiedeński księgarz, który sześćdziesiąt lat temu przybył do Bogoty wiele pomógł przy ich gromadzeniu” (Marlin Mosebach, ‘Odwiedziny…’) Książki dotyczyły wielu dziedzin, m.in. filozofii, historii, literatury klasycznej, teologii.

W 1948 roku podczas jazdy konnej w swej posiadłości „Canoas” pod Bogotą uległ wypadkowi, nie przeszkadzało mu to w codziennych spacerach, choć do końca lekko kulał.

„Demokratyczne instytucje otwierają obywatelowi drogę wyłącznie do paplania politycznych frazesów.”

„Są całe epoki, w których uznanie przynosi wstyd.”

Nigdy w swoim długim życiu nie zajmował żadnego stanowiska publicznego lub politycznego, mimo wielu propozycji. Nie godziło się to bowiem z jego konsekwentną postawą antydemokratyczną, dlatego nie podpisywał żadnych protestów, nie wypowiadał się na tematy publiczne. „Dávila trzymał się z dala od trwających dziesięciolecia sporów partyjnych między konserwatystami i liberałami; udało mu się uniknąć zarówno krwawej kulminacji przemocy jak i pokus robienia kariery ambasadora lub ministra, których mu nie oszczędzon.” (Franz Niedermayer, ‘Konserwatywna aforystyka z Kolumbii’).

Jego jedynym powołaniem i celem w życiu, oprócz tego ostatecznego, było studiowanie, czytanie i pisanie. Jest autorem setek wspaniałych myśli, scholii i aforyzmów, w których pobrzmiewa kilkanaście wieków cywilizacji łacińskiej, rzymsko-katolickiej. Nie zachodniej, nie protestanckiej, ale właśnie łacińskiej. W jego aforyzmach widać i rzymską togę i chrześcijańską tunikę, i szczęk mieczy średniowiecznych rycerzy i genialność Platona, św. Augustyna. Jako twórca był zawsze wymagający, dlatego osobiście przepisywał na maszynie i poprawiał teksty przeznaczone do publikacji.

„Walkę przeciwko światu musisz prowadzić w samotności. Gdzie dwóch, tam zdrada!”

Nicolás Gómez Dávila był pisarzem – eremitą, a jego dom (a przede wszystkim biblioteka) był jego klasztorem. Jego duchową postawę charakteryzowała twardość dawnych rycerzy, powściągliwość prawdziwych arystokratów, samodyscyplina i pracowitość mnichów. W samotności pracował nad aforyzmami, które nie miały być jednak oskarżeniami stawianym nowoczesnemu światu (który i tak by ich nie zrozumiał), miały tylko przechować święty ogień tradycji i tworzyć punkt oporu przeciwko jego oślizgłym mackom, wylewającym się z milionów odbiorników telewizyjnych, ogłuszającym barbarzyńską muzyką. Tak wypełniał swoje powołanie.

„Moje przekonania są przekonaniami starej kobiety, która w kącie kościoła mamrocze swoje pacierze.”

Był prawdziwym katolikiem, ufającym Bogu, wierzącym Chrystusowi i podejrzliwie rozglądającym się dookoła. Nie było to jakieś rozmiękczone tolerancją chrześcijaństwo, piejące w zachwycie o „fałszywym pokoju”, wolności wyznania i dialogu międzyreligijnym.

W jego katolicyzmie było miejsce na szczęk mieczy średniowiecznych krzyżowców i „bezrefleksyjne”( jak mawiają dzisiejsi ‘uduchowieni’ moderniści) odmawianie pacieży w zakątku kościoła, przez starą kobietę.

„Współczesny Kościół traktuje wiernych jak wyborców. Entuzjazm wielkich mas przedkłada nad indywidualne nawrócenia.”

„Drugi Sobór Watykański bardziej niż zgromadzeniem biskupów był tajną konferencją biznesmenów poirytowanych tym, że stracili klientów.”

Mówił: „Katolicyzm jest moją ojczyzną”, choć po Soborze watykańskim II, według Dávili pozostałą już tylko modlitwa. Niedługo przed śmiercią wyznał: „Kościół umiera. Musimy być sami z Bogiem. Modlitwa jest jedynym inteligentnym czynem”.

„Demokratyczne wybory rozstrzygają o tym, kto będzie uciskany w majestacie prawa.”

„Wszystkie typowe wyrażenia nowoczesnej epoki są zakamuflowanymi bluźnierstwami.”

Dla Dávili idea demokratyczna jest niczym innym jak obrzydliwym bluźnierstwem, nową religią, zsekularyzowanego świata, zabijającą prawdziwy i rzeczywisty, hierarchiczny ład. Jak pisze Dávila „demokracja jest antropoteistyczną religią. Jej zasadą jest opcja o charakterze religijnym; akt, w którym człowiek uznaje człowieka za Boga. Jej doktryną jest teologia boskiego człowieka, jej polityką urzeczywistnienie tej zasady w działaniu, w instytucjach, w dziełach (…). Boskość, jaką demokracja nadaje człowiekowi nie jest ani figurą retoryczną, ani poetyckim obrazem ani wreszcie niewinną hiperbol, lecz ścisłą definicją teologiczną”. Dlatego Dávila napisze: „Totalna rebelia wzbiera w nas przeciwko ostatecznemu buntowi. Całkowite odrzucenie demokratycznej doktryny jest ostatnim i skromnym refugium dla ludzkiej wolności. W naszych czasach rebelia jest albo reakcyjna albo jest obłudną i tanią farsą.”

„Cywilizacje są letnim brzęczeniem owadów między dwoma zimami.”

„Nie należę do świata, który przemija. Przedłużam i przekazuję prawdę, która nie umiera.”

Czy znakomity pisarz widzi jakaś receptę na walkę z demokratycznymi demonami odbudowanie cywilizacji łacińskiej? Nie, gdyż „nie ma nic bardziej godnego pożałowania niż reakcjonista z receptami”. Nie znaczy to jednak, ze mammy przestać działać, odurzyć się i zatonąć w demokratycznym szambie. Mamy stać jak rzymski legionista, kiedy Wezuwiusz zasypał Pompeje popiołami. Do końca, gdyż nasz suweren – Jezus Chrystus nie odwołał i nigdy nie odwoła swojego rozkazu – walki o „społeczne panowanie Chrystusa.” Musimy zatem wytrwać na straconym posterunku.