Archiwum tagu ‘Europa’
Irving znów na celowniku
Choć nie jestem fanem Davida Irwinga (ze względu na jego nieprzychylne opinie względem Polaków), to jednak nagonka połączona z niedawnym odsiadywaniem wyroku w Austrii jest ostrym przegięciem, zwłaszcza, że społeczeństwo postoświeceniowe szczyci się tzw. wolnością słowa.
Białoruś a języki narodowe na Mszy
Jak podaje PAP polscy księża muszą zrezygnować z działalności duszpasterskiej na Białorusi. Marina Cwilik z biura pełnomocnika białoruskiego rządu ds. religii i narodowości tłumaczyła, że księża “nie władają językami państwowymi obowiązującymi w Republice Białoruś”.
Wierni uważają, że władzom nie podobało się to, że księża odprawiali msze po polsku. Z nieoficjalnych informacji wynika, że do Polski będzie zmuszonych wrócić także kilku duchownych i siostry zakonne z diecezji mińsko-mohylewskiej.
Po raz pierwszy grupowo wyrzucono polskich księży z Białorusi w 2006 roku, gdy do kraju wróciło siedmiu proboszczów z parafii w diecezji grodzieńskiej, gdzie w kościołach dominuje język polski.
Widzimy zatem, jak zgubny wpływ miało wprowadzenie języków narodowych do liturgii Kościoła Katolickiego, co powoduje wykorzystywanie KrK w bierzących rozgrywkach politycznych.
Julius Evola: „Cywilizacja” amerykańska
Niedawno tragicznie zmarły John Dewey obwołany został przez amerykańską prasę osobowością najbardziej reprezentatywną dla cywilizacji amerykańskiej. Całkiem słusznie. W jego teoriach odnajdziemy wizje człowieka i egzystencji stanowiącą podstawę amerykanizmu i tamtejszej „demokracji”.
Istota jego rozważań polega na założeniu, że każdy w granicach wyznaczonych przez środki technologiczne, jakimi dysponuje, może stać się tym, kim chce być. Zatem jednostka nie jest zdeterminowana przez prawdziwą naturę swej osobowości; nie istnieją różnice między ludźmi, a jedynie różnice w ich kwalifikacjach. Z teorii tej wynika, że można zostać kim się chce pod warunkiem odpowiedniego przeszkolenia.
Właśnie tak przedstawia się koncepcja self-made-mana (człowieka samokreującego się – przyp.tłum.); w społeczeństwie, które zerwało wszelkie więzi z tradycją, motyw kariery osobistej przejawia się w każdym aspekcie ludzkiej egzystencji, posiłkując się egalitarną doktryną totalnej demokracji. Jeśli przyjąć zasadnicze elementy tej idei, konieczne jest zanegowanie wszelkiej naturalnej różnorodności. Każda jednostka może wówczas rościć pretensje do przejęcia potencjału kogokolwiek innego, a pojęcia „lepszy” i „gorszy” tracą znaczenie; traci sens wszelki dystans i szacunek, dopuszczalny jest wybór każdego stylu życia. Koncepcjom organicznym ludzkiego życia Amerykanie przeciwstawiają koncepcje mechanicystyczne. W społeczeństwie, które „zaczynało od zera”, wszystko nosi znamiona sztuczności. W społeczeństwie amerykańskim o wizerunku nie stanowi twarz, lecz maska. Jednocześnie wielbiciele amerykańskiego stylu życia są wrogo nastawieni wobec osobowości.
Przypisywana Amerykanom jako zaleta „otwartość umysłu” stanowi odbicie ich wewnętrznej nijakości. Podobnie sprawa wygląda z ich „indywidualizmem”. Indywidualizm i osobowość to dwie różne rzeczy: ten pierwszy należy do bezkształtnego świata ilości, zaś osobowość znajduje się w domenie jakości i hierarchii. Amerykanie są żywym zaprzeczeniem kartezjańskiego „myślę, więc jestem”: nie myślą, a mimo to są. Ich prymitywnym umysłom brak charakterystycznego rysu, co sprawia, iż podatni są na wszelkie formy standaryzacji.
W cywilizacjach wyższego rzędu, na przykład w indoaryjskiej, istotę pozbawioną własnej osobowości i przynależności kastowej (w prawdziwym znaczeniu tego terminu) zaliczono by nawet nie do sług czy siudrów, lecz do szeregu pariasów. W pewnym sensie Ameryka jest ojczyzną pariasów. Jednak pariasi mają też swoją rolę. Jest nią podporządkowanie się istotom posiadającym osobowość i kierującym się ściśle określonymi prawami. Tymczasem nasi współcześni pariasi uzurpują sobie prawo do dominacji i rozciągają swą władzę nad całym światem.
Szeroko rozpowszechniony jest pogląd, jakoby Stany Zjednoczone były „młodym państwem z wielką przyszłością”. Oczywiste ułomności składa się na karb „młodzieńczych błędów” i „porodowych bólów”. Nietrudno dostrzec jak znaczącą rolę w takich osądach odgrywa mit „postępu”. Zgodnie z przekonaniem, iż to, co nowe, musi być lepsze, mówi się o kluczowej roli Ameryki pośród cywilizowanych państw. Stany Zjednoczone wystąpiły zatem w I wojnie światowej w imieniu „cywilizowanego świata” par excellence. „Najbardziej rozwinięty” naród ma przecież nie tylko prawo, ale i obowiązek interweniowania w sprawach innych ludów.
Jednak dzieje ludzkości przebiegają nie w sposób ewolucyjny, lecz cykliczny. Najmłodsze cywilizacje nie są więc, bynajmniej, „najlepsze”. W praktyce mogą być nawet starcze i zepsute. Pomiędzy najbardziej zaawansowanymi a najprymitywniejszymi etapami dziejowego rozwoju istnieją określone zależności. Ameryka obrazuje schyłkową epokę wspólczesnej Europy. Guenon określił Stany Zjednoczone mianem „Dalekiego Zachodu”, pragnąc zaznaczyć, iż reprezentują one reductio ad absurdum najbardziej negatywnych i starczych aspektów cywilizacji zachodniej. Zaczątki symptomów rozkładu, kulturowego i człowieczego regresu występującego w śladowej formie w Europie, odnaleźć można w dużym powiększeniu i stężeniu w Ameryce. Mentalność amerykańska to nic innego, jak przykład procesu regresji objawiającej się atrofią zainteresowania dziedziną ducha i niezrozumieniem wyższych poziomów percepcji. Umysł amerykański ogranicza swe horyzonty do spraw doczesnych i elementarnych, co prowadzi do postrzegania świata w sposób banalny, uproszczony i przyziemny, aż do zaniku życia duchowego. Istnienie redukowane jest do kategorii czysto mechanicznych. Samoświadomość sprowadza się wyłącznie do wymiaru cielesnego. Typowy Amerykanin nie zna duchowych rozterek i dylematów: jest „urodzonym” klakierem i konformistą.
Porównanie prymitywnego umysłu amerykańskiego do umysłu młodego jest z gruntu fałszywe. Amerykańska umysłowość charakteryzuje się cechami społecznego regresu, o czym już wspominałem.
Amerykańska moralność
Ukazywany w filmach, dokumentach i reklamówkach, głoszony wszem i wobec powab amerykańskich kobiet polega w dużej mierze na fałszu. Przeprowadzone niedawno w Stanach Zjednoczonych badania lekarskie dowiodły, iż tamtejsze młode przedstawicielki płci żeńskiej pozbawione są seksualnego pożądania; miast zaspokojenia swego libido, uciekają w narcystyczny ekshibicjonizm, próżność oraz kult zdrowia i siły w bardzo sterylnym wydaniu. Amerykańskie dziewczyny „nie mają zahamowań w sprawach seksu”; są „łatwe” wobec mężczyzn, dla których stosunek płciowy jest celem samym w sobie i nie wiąże się z niczym więcej. To dlatego po wizycie w kinie czy na potańcówce dziewczyna bez oporów pozwala się całować – nic to dla nie znaczy. Amerykanki charakteryzują się niebywałym chłodem uczuć i materializmem. Mężczyzna, który „wiąże się” z którąś z nich, zobowiązuje się do jej utrzymania. Materia to domena kobiety! Oto dowody. W przypadku rozwodów amerykańskie prawo zdecydowanie faworyzuje kobiety. Dlatego chętnie występują one o rozwód, gdy tylko dostrzegą perspektywę większego zysku. Często zdarza się, że planująca zamążpójście kobieta jest już „zaręczona” z następnym przyszłym mężem, którego ma zamiar poślubić po intratnym rozwodzie z poprzednim.
„Nasze” amerykańskie media
Amerykanizacja w Europie zatacza coraz szersze kręgi i nie da się jej zakwestionować. W powojennych Włoszech jej fala gwałtownie rośnie i spotyka się z entuzjazmem, a przynajmniej z akceptacją, większości społeczeństwa. Pisałem już kiedyś, że z dwóch wielkich niebezpieczeństw zagrażających Europie – amerykanizmu i komunizmu – pierwsze z nich jest bardziej zdradliwe. Zagrożenie komunistyczne przybiera bowiem formę brutalną i katastrofalną; oznacza bezpośrednie przejęcie władzy przez komunistów. Tymczasem amerykanizacja postępuje metodą stopniowej indoktrynacji, wiążącej się ze zmianami mentalności i przekształceniami na poziomie drugorzędnej sfery obyczajowości, czego skutkiem jest zasadniczy przewrót i rozkład, którym przeciwdziałać można tylko prowadząc walkę wewnętrzną.
Właśnie ta wewnętrzna batalia kończy się dla większości Włochów przegraną. Zapominając o własnym dziedzictwie kulturowym, zwracają się ku Stanom Zjednoczonym widząc w nich opiekuńczego przewodnika po świecie. Każdy, kto chce uchodzić za nowoczesnego, powinien przystawać do amerykańskich standardów. Widok tak poniżającego się kraju europejskiego jest żałosny. Ów podziw dla Ameryki nie ma przecież nic wspólnego z kulturalnym zainteresowaniem sposobem życia innych ludzi. Przeciwnie, serwilizm wobec Stanów Zjednoczonych prowadzi do przekonania, że żaden inny styl życia nie może równać się amerykańskiemu.
Nasze rozgłośnie radiowe uległy amerykanizacji. Nie zważając na jakiekolwiek kryteria wartościowania, podążają za modnymi tematami chwili i badają rynek zagadnień „akceptowanych” – preferowanych przez najbardziej zamerykanizowaną część odbiorców, a zatem zbiór najgorszych degeneratów. Pozostałym nie zostawia się możliwości wyboru. Amerykanizacji uległ nawet styl radiowych prezenterów. „Czy po wysłuchaniu amerykańskiej audycji w radiu można uniknąć przerażenia, gdy nagle zdajemy sobie sprawę, że jedynym ratunkiem przed komunizmem jest amerykanizowanie się?” Nie są to słowa jakiegoś europejskiego obserwatora, lecz amerykańskiego socjologa, profesora Uniwersytetu w Princeton, Jamesa Burnhama. Takie zdanie wypowiedziane przez Amerykanina powinno okryć włoskich radiowców rumieńcem wstydu.
Skutkiem demokracji po hasłem „pilnuj swoich interesów” jest zaczadzenie większej części społeczeństwa, które nie potrafi dokonywać samodzielnych wyborów, i które, gdy brak mu przewodniej siły ideału, niezwykle łatwo traci poczucie tożsamości.
Ład przemysłowy w Ameryce
W swej klasycznej rozprawie o kapitalizmie Werner Sombart określił późne stadium formacji kapitalistycznej przysłowiem fiat producto, pareat homo. W tej skrajnej formie kapitalizm sprowadza wartość człowieka wyłącznie do wartości produkowanych przez niego dóbr, bądź wynalezionych przezeń środków produkcji. Doktryny socjalistyczne wyrosły właśnie z uwagi na ten brak uwzględnienia czynnika ludzkiego.
Początek nowego etapu miał miejsce właśnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie pojawił się wzrost zainteresowania tzw. stosunkami pracy. Choć mogło się wydawać, iż przyniesie to poprawę sytuacji, w rzeczywistości było to zjawisko szkodliwe. Przedsiębiorcy i pracodawcy zwrócili uwagę na znaczenie czynnika ludzkiego w ekonomii produkcji; doszli do wniosku, że błędem jest nieprzywiązywanie wagi do jednostki stanowiącej część systemu industrialnego; do jej motywacji, uczuć, dnia powszedniego. W ten sposób pojawiła się odrębna dyscyplina naukowa badająca reakcje międzyludzkie w przemyśle w oparciu o behawioryzm. Zwięzłej analizy zachowań i motywacji pracowników dostarczyła m.in. praca B.Gardnera i G.Moore’a pt. „Stosunki międzyludzkie w przemyśle” (ang. „Human Relations in Industry), której wyraźnym celem było określenie skutecznych środków prowadzących do wyeliminowania przeszkód na drodze do maksymalizacji produkcji. Publikacje takie z pewnością pojawiły się z inspiracji menedżerów, wspomaganych przez akademickich ekspertów. Analizy socjologiczne uwzględniają nawet nastroje społeczne pracowników. Badania te mają znaczenie praktyczne; rola psychicznego komfortu pracownika jest równie istotna, jak zachowanie jego dobrej kondycji fizycznej. W przypadku, gdy pracownik wykonuje pracę monotonną, która nie wymaga od niego większej koncentracji, nauka przestrzega przed „zagrożeniem”, że jego myśli mogą pójść w kierunku, który niekorzystnie odbije się na wynikach pracy.
Nie zapomina się też o życiu prywatnym pracownika – pojawiło się tzw. doradztwo personalne. Do zadań specjalistów. Do zadań specjalistów należy rozwiewanie lęków i obaw, rozwiązywanie problemów psychicznych i „kompleksów utrudniających adaptację”, a nawet doradztwo w sprawach najbardziej osobistych. Do wykorzystywanych technik psychoanalitycznych należy nakłonienie pacjenta do ”otwartej rozmowy”, której wynikiem ma być swoiste katharsis zwieńczone ulgą.
Wszystko to nie ma związku z duchowym doskonaleniem czy jakimikolwiek rzeczywistymi ludzkimi problemami w rozumieniu Europejczyka, nawet obecnego „wieku ekonomii”. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny człowiek traktowany jest jak dzika bestia, a posłuszeństwo wymusza się terrorem i głodem. W Stanach Zjednoczonych człowiek jest również postrzegany w kategoriach pracy i konsumpcji, przy czym nie pomija się aspektów jego życia wewnętrznego – wszystko znajduje się pod pełną kontrolą. Na tej „ziemi obiecanej” każdemu, nawet przeciętnemu człowiekowi sugeruje się, iż osiągnął stopień szczęśliwości, o którym marzyły całe pokolenia. W ten sposób zapomina kim jest, skąd pochodzi, i zatapia się bez reszty w teraźniejszości.
Amerykańska demokracja przemysłowa
Pomiędzy deklarowanymi zasadami dominującej ideologii politycznej, a rzeczywistymi strukturami gospodarczymi Stanów Zjednoczonych występuje znaczna i stale powiększająca się rozbieżność. Powyższe zjawisko należy do dziedziny „morfologii gospodarczej”. Wyniki badań wskazują, że amerykańska gospodarka daleka jest od modelu lansowanego przez propagandę; ideału demokratycznego. Gospodarka Stanów Zjednoczonych ma strukturę „piramidy”. Posiada określoną hierarchię. Wielkie przedsiębiorstwa są kierowane i zorganizowane w sposób podobny, jak rządowe ministerstwa. Posiadają ciała koordynacyjne i kontrolne, które izolują warstwę kierowniczą od mas pracowniczych. Zamiast dążyć do większej elastyczności w dziedzinie społecznej, „elita menedżerska” (Burnham) staje się coraz bardziej autokratyczna – rzecz nie bez związku z amerykańską polityką zagraniczną.
Taki jest zmierzch kolejnej amerykańskiej iluzji. Ameryka: „kraj równych szans”, gdzie każdy może dojść do wymarzonej pozycji, kraj, w którym z nędzarza można stać się bogaczem. Na początku była to „ziemia otwarta po horyzont” dla każdego, kto chciał na nią przybyć. Gdy jej zabrakło, nową granicą ekspansji stał się pozornie nieograniczony potencjał przemysłu i handlu. Jak twierdzą Gardner, Moore i wielu innych, potencjał przestał być nieograniczony, a pole manewru staje się coraz skromniejsze. Biorąc pod uwagę stale rosnącą specjalizację pracy w procesie produkcyjnym i wzrastający nacisk na kwalifikacje, ugruntowana dotąd w Amerykanach wiara, że każde kolejne pokolenie „zajdzie wyżej” niż poprzednicy, staje się coraz bardziej bezpodstawna. Oznacza to, iż w tzw. politycznej demokracji amerykańskiej siła i potencjał ziemi, czyli gospodarka i przemysł, zarządzane są w sposób niedemokratyczny. Rodzi się zatem pytanie: czy rzeczywistość ma być kształtowana zgodnie z oczekiwaniami ideologii, czy vice versa? Do niedawna przeważała pierwsza z tych opcji; niektórzy nawołują do przywrócenia „prawdziwej Ameryki” nieskrępowanej przedsiębiorczości i autonomii jednostki wobec władz centralnych. Są wszakże tacy, którzy woleliby ograniczenia demokracji i przystosowania rzeczywistości politycznej do realiów gospodarczych. Jeśli w ten sposób opadłaby maska amerykańskiego „demokratyzmu”, stałoby się wreszcie jasne, do jakiego stopnia ta „demokracja” była tylko narzędziem w rękach oligarchii stosującej niejawną strategię, zapewniając sobie w ten sposób pole do nadużyć i oszustw na wielką skalę wobec tych, którzy akceptują system, gdyż dostrzegają w nim sprawiedliwość. Kwestia „demokracji” w Stanach Zjednoczonych może w przyszłości doprowadzić do paru interesujących wniosków.
Julius Evola
Rzeczpospolita mocarstwem środkowoeuropejskim?
Przynajmniej tak rzecze politolog George Friedman w rozmowie z “Rzeczpospolitą”, który uważa, że do osaczenia Rosji, potrzebna jest odrodzona nowa “I Rzeczpospolita”, która miałaby się stać głównym przeciwnikiem Rosji, a w przyszłości Turcji w Europie. Stanęłaby na czele państw środkowoeuropejskich i przejęłaby rolę, spełnianą przez RFN podczas III wojny światowej, zwanej też „zimną wojną”. Pełniłaby rolę podobną do tej, którą spełnia Izrael na Bliskim Wschodzie. Oczywiści miałaby być pierwszym pitbullem USA w Europie, czego nie omieszkał zaakcentować Friedman, mówiąc wprost, że nie mamy wyboru i musimy iść drogą, którą wyznaczą nam Stany.
Jak wiadomo autor tego bloga ma inklinacje euroimperialne, no ale skoro nie ma czego się lubi, to się lubi co się ma. Nie pogardzę zatem odrodzeniem I Rzeczpospolitej.
22 czerwca 1941
![]()
Oddajmy głos Stańczykowi:
Państwo, które leżąc w centrum Europy, znajdowało się pomiędzy oboma imperiami musiało stać się imperium, gdyż państwo narodowe nie może wygrać z imperium. I stało się Imperium Germanicum. Ale równocześnie, jak wiemy, nie mogło ono być reprezentacją Imperium Europaeum, gdyż nie dysponowało autentycznie europejską formułą imperialną, lecz jedynie formułami zaczerpniętymi z ideologii plemiennej, narodowej i rasowej, aczkolwiek nie należy zapominać o tym, że niektórzy jego ideologowie, propagandyści i intelektualiści starali się nawiązywać do autentycznych tradycji imperialnych Europy. Niezależnie jednak od ideologii, od ustroju politycznego, od polityki wobec narodów swoich europejskich prowincji, na płaszczyźnie geopolitycznej i geostrategicznej Imperium Germanicum było wcieleniem i instrumentem Imperium Europaeum. Dla historyków piszących imperialną kronikę Imperium Europaeum Imperium Germanicum nie jest przedmiotem zainteresowania jako twór ideologiczny, polityczny, prawny czy kulturalny, ale przede wszystkim jako twór geopolityczny i geostrategiczny, ponieważ na tej płaszczyźnie było ono wcieleniem i instrumentem Imperium Europaeum. Albowiem niezależnie od metod, jakie w tym celu zastosowało, dokonało ono niezbędnego w każdych warunkach i okolicznościach – wówczas, dziś i jutro – geopolitycznego zjednoczenia Europy, aby jej zasoby, ludność i przestrzeń wykorzystać do walki z oboma wrogimi imperiami. Podobnie jak one pchane było przez geopolityczny imperatyw do utrwalenia swojej suwerenności, która w warunkach istnienia i działania imperiów oznacza zawsze dążenie do stworzenia imperium, do pomnożenia jego potęgi i chwaty, a tym samym do panowania nad światem. W imperialnych kronikach Imperium Europaeum złotymi zgłoskami zapisana jest decyzja, którą podjął imperator Imperium Germanicum lub inaczej – którą, posługując się nim, podjęło Imperium Europaeum: pewnego upalnego czerwcowego dnia pancerne dywizje, doborowe jednostki piechoty, elitarne oddziały bojowe Imperium Germanicum runęły stalową lawiną na Imperium Wschodnie, które miało wówczas formę Imperium Sovieticum, i szły naprzód jak burza, aby je pokonać i zniszczyć.
Na płaszczyźnie ideologiczno-politycznej były to dywizje plemienno-narodowo-rasowego Imperium Germanicum i walczyły pod jego sztandarami, ale na płaszczyźnie geostrategicznej i geopolitycznej były to dywizje Imperium Europaeum i walczyły pod jego niewidzialnymi sztandarami. Były to dywizje Imperium Europaeum w tym sensie, że musiałyby iść na wschód niezależnie od tego, kto, o jakich politycznych i ideologicznych przekonaniach i koncepcjach, jakiej narodowości, rasy czy religii wydałby im rozkaz do ataku. Rozkaz taki byłby rozkazem zgodnym z geopolityką i geostrategią Imperium Europaeum niezależnie od tego, czy wydałby go cesarz, prezydent, mędrzec, głupiec, zbrodniarz czy święty. Był słuszny wcześniej, wtedy i będzie zawsze, albowiem dla Imperium Europaeum Imperium Wschodnie to śmiertelny, odwieczny wróg, który musi zostać zniszczony jako imperium, gdyż zamyka Imperium Europaeum drogę do panowania nad światem.
Sierp i młot równie bezprawny jak swastyka (na Litwie)
Litewski Sejm przyjął poprawkę do ustawy o zgromadzeniach, w której zakazano wykorzystywania nazistowskich i radzieckich symboli – flag, herbów i mundurów hitlerowskich Niemiec, a także ZSRR i Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
Używanie publiczne takich symboli jak swastyka, czerwona radziecka gwiazda oraz sierp i młot będzie karane – wynika z przegłosowanej we wtorek poprawki. Zakazane także będzie śpiewanie podczas zgromadzeń hymnu Związku Radzieckiego i odtwarzanie hymnu hitlerowskich Niemiec.
Melodia hymnu ZSRR i hymnu Federacji Rosyjskiej jest taka sama; różne są słowa.
Marek Cichocki: Suwerenność i Europa
Zajęcie przez Europę centralnego miejsca w świecie stało się możliwe dzięki ukształtowaniu się w nowożytności nowego porządku politycznego: suwerennych, centralistycznie rządzonych państw terytorialnych.
Choć pojęcie suwerenności zmienia swe znaczenie, nie jest ono jeszcze anachroniczne ani antynowoczesne. Suwerenność dała niegdyś europejskim państwom terytorialnym możliwość niezwykle szybkiego rozwoju i integracji europejskiej. Mimo globalizacji wciąż jest dziś warunkiem wolności.
Pojęcie suwerenności wyłoniło się z długiego procesu przemian politycznych, które dokonywały się w Europie na przestrzeni od XIV do XVI wieku. Ani w świecie starożytnym, ani w średniowieczu pojęcie to nie funkcjonowało w znanym nam dziś rozumieniu. Raczej znajdziemy różne rozproszone jego aspekty w innych pojęciach politycznych, takich jak władza, autonomiczność, zwierzchność, imperium. Jednak w znaczeniu, jakie nadali mu tacy myśliciele, jak Marsyliusz z Padwy, Jean Bodin, Hugo Grotius czy Tomasz Hobbes, wcześniej nie spotkamy.
Suwerenność wiąże się więc ze swoistą rewolucją w rozumieniu polityki, która dokonała się w Europie wraz z nowożytnością. Dzisiaj w wielu dyskusjach jej przywoływanie czy obrona – zwłaszcza w kontekście takich transnarodowych zjawisk, jak integracja europejska czy globalizacja – uważane jest za oczywisty przykład politycznego tradycjonalizmu, wręcz pewnego ideowego wstecznictwa. Przywiązanie do suwerenności w polityce kwalifikuje się najczęściej jako brak zrozumienia dla wymogów nowoczesności, kurczowe i irracjonalne trzymanie się rozwiązań nienowoczesnych, nieefektywnych, będących nie na czasie. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ w XVI wieku pojęcie suwerenności miało całkowicie inny, polityczny oraz intelektualny kontekst – było synonimem nowoczesności, wiązało się z nadzieją na osiągnięcie maksymalnej efektywności i porządku w polityce.
Pojęcie suwerenności odzwierciedlało praktyczne zabiegi, jakie czyniono w czasach nowożytnych, by scentralizować i zracjonalizować władzę polityczną. Zakładano, że tylko taka forma suwerennej władzy politycznej jest zdolna maksymalnie zmobilizować materialne oraz ludzkie zasoby. I dlatego tylko ona pod postacią państwa terytorialnego potrafi skutecznie poprowadzić na wielką skalę procesy nowoczesności. Dla wielu myślicieli nowożytności suwerenna władza polityczna i tożsame z nią państwo terytorialne traktowane były jako najdoskonalszy wehikuł modernizacji w Europie.
Proces skupienia władzy w jednym ośrodku – w rękach suwerena – poddanie polityki rygorowi scentralizowanej biurokracji państwowej, centralnemu, państwowemu planowaniu, ujednoliconemu systemowi prawnych reguł, wreszcie, zamknięcie jej w sztywnych ramach państwa terytorialnego przyniosło Europie niespotykaną wcześniej maksymalizację politycznych środków, która przejawiła się, między innymi, w eksploracji całego świata, a później w ekstensywnej polityce kolonialnej w najdalszych jego zakątkach. Pozwoliło także zaprowadzić na kontynencie przewidywalność relacji międzypaństwowych, tworząc poczucie bezpieczeństwa, stabilności, odpowiedzialności, choć nie eliminując konfliktów zbrojnych.
Zajęcie przez Europę centralnego miejsca w świecie stało się możliwe dzięki nowożytności i ukształtowaniu się specyficznego dla niej politycznego porządku międzypaństwowego – jus publicum Europaeum. Był to porządek suwerennych, centralistycznie rządzonych państw terytorialnych. Państwa te występowały względem siebie jako autonomiczne, zamknięte podmioty polityczno-prawne, jako swoiste personae morales, które wchodząc we wzajemne relacje – czy to przez monarchiczne koligacje rodzinne, dyplomację czy wreszcie wojnę (rozumianą jako prowadzenie polityki innymi metodami) – tworzyły europejski porządek równowagi sił.. W tym systemie państwa występowały względem siebie jako integralne całości, niby-osoby, w równorzędnych, podmiotowych relacjach. I chociaż nie podlegały one – jak twierdził w XVIII wieku Vattel – we wzajemnych relacjach żadnym moralnym systemom wartości czy moralnym i prawnym instancjom, to właśnie jako integralne, racjonalnie uporządkowane, cywilizowane podmioty polityczne kształtowały je podług równie racjonalnych i cywilizowanych reguł dyplomacji lub sztuki wojennej. Jeden z obserwatorów przyrównał ten mechanizm stosunków międzynarodowych do menueta, pisząc, że: “W osiemnastym wieku, prawdziwej epoce równowagi [w Europie - przyp. M.C.], nastąpiło nagle renversement des alliances, zmiana figur niczym w menuecie, przypływ i odpływ tanecznej ruchliwości. Pary, które w trakcie tańca stykają się ze sobą na krótką chwilę, są często bardzo osobliwe, barwne niczym arlekiny. Panuje wieczny niepokój, podejrzliwość”.
Europejski porządek międzynarodowy, jus publicum Europaeum, nazywany także często porządkiem westfalskim – od pokoju westfalskiego w 1648 roku, oparty na zasadzie równowagi między suwerennymi państwami, pozwolił zracjonalizować relacje międzynarodowe w Europie i stworzyć nowoczesne prawo międzynarodowe. Uważany był za istotne osiągnięcie cywilizowanego świata, w przeciwieństwie do obszarów położonych poza Starym Kontynentem, gdzie przeróżne ludy żyły jeszcze – jak sądzono – w stanie natury.
Europejski międzynarodowy system suwerennych państw doznał pierwszego poważnego uszczerbku za sprawą rozbiorów I Rzeczypospolitej pod koniec XVIII wieku. Jeżeli zgodnie z koncepcją suwerenności państwowe organizmy można było przyrównać do swoistych personae w znaczeniu prawnym i moralnym, to rozbiory należy uznać za rodzaj europejskiego kanibalizmu, który dokonał się między “cywilizowanymi” państwami. Zasada suwerenności – jak już wspomniano – nie eliminowała konfliktów między państwami, lecz jedynie porządkowała je zgodnie z przyjętymi regułami równowagi sił. Jednak wzajemne uznanie suwerenności oznaczało, że państwa nie mogą prowadzić między sobą konfliktów o charakterze totalnym i egzystencjalnym – takich, które skutkowałyby wymazaniem jakiegoś państwa z mapy Europy. Oznaczałoby to bowiem zakwestionowanie podstawowej zasady porządku suwerennego państwa, a mianowicie wzajemnego uznania swej nieusuwalnej podmiotowości. Dlatego też wydarzenie rozbiorów słusznie skomentował Edmund Burke w 1772 następująco: “Obecny brutalny rozbiór i zabór Polski bez pretekstu wojny, nawet bez cienia racji, należy uznać za pierwsze poważne naruszenie współczesnego systemu politycznego Europy”.
Warto jednak pamiętać, że nowożytny proces racjonalizacji władzy politycznej i tworzenia się suwerenności terytorialnej nie przebiegał na kontynencie europejskim równomiernie. W całkowicie czystej postaci wykształcił się on we Francji oraz w państwie pruskim. W Wielkiej Brytanii zachodził z wyraźnym opóźnieniem i lokalną specyfiką (parlamentaryzm i supremacja władzy parlamentu). Wyraźne i uporczywe odstępstwo od reguł nowożytnej suwerenności wykazywała struktura związku szwajcarskiego oraz Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Także I Rzeczpospolita stanowiła na kontynencie wyraźną odmienność w sposobie definiowania władzy politycznej, a wytrwały sprzeciw Polaków wobec absolutum dominium był wyraźną rewoltą obywateli Rzeczypospolitej wobec suwerena i stał się trwałą cechą ustroju tej republiki. Nieprzypadkowo zresztą wszystkie te zrewoltowane wobec nowożytnej koncepcji suwerenności twory polityczne w Europie zostały ostatecznie zlikwidowane w podobnym czasie, na przełomie XVIII i XIX wieku. To w tym historycznym kontekście padają znamienne słowa Adama Mickiewicza w jego Prelekcjach paryskich: “Traktat westfalski zmienia położenie wszystkich państw europejskich; pochód historyczny narodów ulega w epoce tego traktatu gwałtownej zmianie; inne pojęcia, inne dążności biorą górę. [...] Polityka, która teraz nastaje, zasadza się na egoizmie, na interesie terytorialnym; ma na swe usługi przebiegłość ministrów. Obecnie celem dążeń będzie zaokrąglanie posiadłości; będzie się szukać naturalnych granic; po raz pierwszy pada nieszczęsne słowo: nieprzyjaźnie naturalne. [...] Teraz szukać się będzie naturalnych granic między ludźmi; teraz działać się będzie tylko w imię interesów materialnych, reprezentowanych przez interes terytorialny; rozległość, ważność terytorium stawia się wyżej nad zasady moralne. [...] Po traktacie westfalskim w poglądach i umysłach społeczności europejskiej zachodzi zupełna odmiana”. Ofiarą tej “zupełnej odmiany” miały paść Federacja Szwajcarska, Święte Cesarstwo i I Rzeczpospolita.
Wiek XIX to apogeum nowożytnej koncepcji suwerenności w Europie, która przyjmuje postać terytorialnego i narodowego państwa o ustroju demokratyczno-parlamentarnym. Ale jednocześnie był to początek jej końca. Apogeum przejawiało się w kolonialnej ekspansji i absolutnym europocentryzmie. Jednak już obie wojny światowe w XX wieku pokazały, że europejski system suwerennych państw pogrąża się w niemocy. Oba konflikty, pierwotnie o wewnątrzeuropejskich przyczynach, kończyły się niezbędną do zawarcia pokoju interwencją zewnętrzną Stanów Zjednoczonych. Suwerenne państwa wciąż były w stanie wywoływać konflikty, ale najwyraźniej utraciły zdolność budowania systemu pokoju i bezpieczeństwa. Zimnowojenny podział świata między dwa mocarstwa – USA i ZSRS – właściwie przypieczętował ostatecznie całkowitą marginalizację Europy i jej suwerennych państw – tej samej Europy, która przecież niespełna sto lat wcześniej uważała się jeszcze za pępek świata.
Strukturalnie integracja europejska wcale nie powstała więc jako odpowiedź na XX-wieczne totalitaryzmy. W sensie moralnym możemy, oczywiście, tak uważać i mamy po temu prawo. Jednak strukturalnie integracja wyrasta z tego samego zjawiska kryzysu terytorialnego suwerennego państwa narodowego, z którego swe racje czerpał w XX wieku syndykalizm, faszyzm czy komunizm. W przypadku tych ideologii odpowiedzią na zjawisko rozpadu jus publicum Europaeum była masowa demokracja, idea dyktatury, w końcu także koncepcja państwa totalnego, a wreszcie… ludobójstwo. W przypadku integracji europejskiej odpowiedzią jest supranacjonalizm, schłodzenie demokracji narodowych i rządy prawa. Nie oznacza to, że samo zjawisko suwerenności odchodzi do lamusa. Zanikają jedynie jej nowożytne desygnaty, takie jak granice, terytorialność, administracyjna centralizacja. Suwerenność staje się przez to mniej dosłowna, jest bardziej ukryta i realizuje się przede wszystkim w pośredni sposób: przez żywotność tożsamości w życiu publicznym i kulturalnym, zdolność do przenikania w struktury i instytucje ponadnarodowe oraz wpływ na nie, realne możliwości ekspedycyjne w zakresie militarnym, względne bezpieczeństwo energetyczne, tworzenie własnych systemów bezpieczeństwa wewnętrznego, szczególnie w obszarze cyberprzestrzeni, danych osobowych oraz zdolności finansowych. Oznacza to więc nie tylko zachowanie wrażliwości w sprawach utrzymania suwerenności, ale również jej definiowanie od nowa adekwatnie do wyzwań nowych czasów. Podmiotowa polityka musi się więc opierać zarówno na wrażliwości w sprawach suwerenności, jak i na adekwatnym jej definiowaniu. W dalszym ciągu nie zmieniło się bowiem jedno: zachowanie suwerenności nadal jest podstawowym warunkiem wolności.
Marek Cichocki
Autor jest filozofem, redaktorem naczelnym Nowej Europy (pisma, a nie tego bloga – zbieżność nazw przypadkowa) oraz współzałożycielem Teologii Politycznej. W 2007 był negocjatorem w sprawie traktatu konstytucyjnego oraz traktatu reformującego UE.
Komentarze (1)
Dodaj komentarz
Komentarze (3)