Archive for the 'Geopolityka' Tag

Marek Cichocki: Suwerenność i Europa

Zajęcie przez Europę centralnego miejsca w świecie stało się możliwe dzięki ukształtowaniu się w nowożytności nowego porządku politycznego: suwerennych, centralistycznie rządzonych państw terytorialnych.

Choć pojęcie suwerenności zmienia swe znaczenie, nie jest ono jeszcze anachroniczne ani antynowoczesne. Suwerenność dała niegdyś europejskim państwom terytorialnym możliwość niezwykle szybkiego rozwoju i integracji europejskiej. Mimo globalizacji wciąż jest dziś warunkiem wolności.

Pojęcie suwerenności wyłoniło się z długiego procesu przemian politycznych, które dokonywały się w Europie na przestrzeni od XIV do XVI wieku. Ani w świecie starożytnym, ani w średniowieczu pojęcie to nie funkcjonowało w znanym nam dziś rozumieniu. Raczej znajdziemy różne rozproszone jego aspekty w innych pojęciach politycznych, takich jak władza, autonomiczność, zwierzchność, imperium. Jednak w znaczeniu, jakie nadali mu tacy myśliciele, jak Marsyliusz z Padwy, Jean Bodin, Hugo Grotius czy Tomasz Hobbes, wcześniej nie spotkamy.

Suwerenność wiąże się więc ze swoistą rewolucją w rozumieniu polityki, która dokonała się w Europie wraz z nowożytnością. Dzisiaj w wielu dyskusjach jej przywoływanie czy obrona - zwłaszcza w kontekście takich transnarodowych zjawisk, jak integracja europejska czy globalizacja - uważane jest za oczywisty przykład politycznego tradycjonalizmu, wręcz pewnego ideowego wstecznictwa. Przywiązanie do suwerenności w polityce kwalifikuje się najczęściej jako brak zrozumienia dla wymogów nowoczesności, kurczowe i irracjonalne trzymanie się rozwiązań nienowoczesnych, nieefektywnych, będących nie na czasie. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ w XVI wieku pojęcie suwerenności miało całkowicie inny, polityczny oraz intelektualny kontekst - było synonimem nowoczesności, wiązało się z nadzieją na osiągnięcie maksymalnej efektywności i porządku w polityce.

Pojęcie suwerenności odzwierciedlało praktyczne zabiegi, jakie czyniono w czasach nowożytnych, by scentralizować i zracjonalizować władzę polityczną. Zakładano, że tylko taka forma suwerennej władzy politycznej jest zdolna maksymalnie zmobilizować materialne oraz ludzkie zasoby. I dlatego tylko ona pod postacią państwa terytorialnego potrafi skutecznie poprowadzić na wielką skalę procesy nowoczesności. Dla wielu myślicieli nowożytności suwerenna władza polityczna i tożsame z nią państwo terytorialne traktowane były jako najdoskonalszy wehikuł modernizacji w Europie.

Proces skupienia władzy w jednym ośrodku - w rękach suwerena - poddanie polityki rygorowi scentralizowanej biurokracji państwowej, centralnemu, państwowemu planowaniu, ujednoliconemu systemowi prawnych reguł, wreszcie, zamknięcie jej w sztywnych ramach państwa terytorialnego przyniosło Europie niespotykaną wcześniej maksymalizację politycznych środków, która przejawiła się, między innymi, w eksploracji całego świata, a później w ekstensywnej polityce kolonialnej w najdalszych jego zakątkach. Pozwoliło także zaprowadzić na kontynencie przewidywalność relacji międzypaństwowych, tworząc poczucie bezpieczeństwa, stabilności, odpowiedzialności, choć nie eliminując konfliktów zbrojnych.

Zajęcie przez Europę centralnego miejsca w świecie stało się możliwe dzięki nowożytności i ukształtowaniu się specyficznego dla niej politycznego porządku międzypaństwowego - jus publicum Europaeum. Był to porządek suwerennych, centralistycznie rządzonych państw terytorialnych. Państwa te występowały względem siebie jako autonomiczne, zamknięte podmioty polityczno-prawne, jako swoiste personae morales, które wchodząc we wzajemne relacje - czy to przez monarchiczne koligacje rodzinne, dyplomację czy wreszcie wojnę (rozumianą jako prowadzenie polityki innymi metodami) - tworzyły europejski porządek równowagi sił.. W tym systemie państwa występowały względem siebie jako integralne całości, niby-osoby, w równorzędnych, podmiotowych relacjach. I chociaż nie podlegały one - jak twierdził w XVIII wieku Vattel - we wzajemnych relacjach żadnym moralnym systemom wartości czy moralnym i prawnym instancjom, to właśnie jako integralne, racjonalnie uporządkowane, cywilizowane podmioty polityczne kształtowały je podług równie racjonalnych i cywilizowanych reguł dyplomacji lub sztuki wojennej. Jeden z obserwatorów przyrównał ten mechanizm stosunków międzynarodowych do menueta, pisząc, że: “W osiemnastym wieku, prawdziwej epoce równowagi [w Europie - przyp. M.C.], nastąpiło nagle renversement des alliances, zmiana figur niczym w menuecie, przypływ i odpływ tanecznej ruchliwości. Pary, które w trakcie tańca stykają się ze sobą na krótką chwilę, są często bardzo osobliwe, barwne niczym arlekiny. Panuje wieczny niepokój, podejrzliwość”.

Europejski porządek międzynarodowy, jus publicum Europaeum, nazywany także często porządkiem westfalskim - od pokoju westfalskiego w 1648 roku, oparty na zasadzie równowagi między suwerennymi państwami, pozwolił zracjonalizować relacje międzynarodowe w Europie i stworzyć nowoczesne prawo międzynarodowe. Uważany był za istotne osiągnięcie cywilizowanego świata, w przeciwieństwie do obszarów położonych poza Starym Kontynentem, gdzie przeróżne ludy żyły jeszcze - jak sądzono - w stanie natury.

Europejski międzynarodowy system suwerennych państw doznał pierwszego poważnego uszczerbku za sprawą rozbiorów I Rzeczypospolitej pod koniec XVIII wieku. Jeżeli zgodnie z koncepcją suwerenności państwowe organizmy można było przyrównać do swoistych personae w znaczeniu prawnym i moralnym, to rozbiory należy uznać za rodzaj europejskiego kanibalizmu, który dokonał się między “cywilizowanymi” państwami. Zasada suwerenności - jak już wspomniano - nie eliminowała konfliktów między państwami, lecz jedynie porządkowała je zgodnie z przyjętymi regułami równowagi sił. Jednak wzajemne uznanie suwerenności oznaczało, że państwa nie mogą prowadzić między sobą konfliktów o charakterze totalnym i egzystencjalnym - takich, które skutkowałyby wymazaniem jakiegoś państwa z mapy Europy. Oznaczałoby to bowiem zakwestionowanie podstawowej zasady porządku suwerennego państwa, a mianowicie wzajemnego uznania swej nieusuwalnej podmiotowości. Dlatego też wydarzenie rozbiorów słusznie skomentował Edmund Burke w 1772 następująco: “Obecny brutalny rozbiór i zabór Polski bez pretekstu wojny, nawet bez cienia racji, należy uznać za pierwsze poważne naruszenie współczesnego systemu politycznego Europy”.

Warto jednak pamiętać, że nowożytny proces racjonalizacji władzy politycznej i tworzenia się suwerenności terytorialnej nie przebiegał na kontynencie europejskim równomiernie. W całkowicie czystej postaci wykształcił się on we Francji oraz w państwie pruskim. W Wielkiej Brytanii zachodził z wyraźnym opóźnieniem i lokalną specyfiką (parlamentaryzm i supremacja władzy parlamentu). Wyraźne i uporczywe odstępstwo od reguł nowożytnej suwerenności wykazywała struktura związku szwajcarskiego oraz Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Także I Rzeczpospolita stanowiła na kontynencie wyraźną odmienność w sposobie definiowania władzy politycznej, a wytrwały sprzeciw Polaków wobec absolutum dominium był wyraźną rewoltą obywateli Rzeczypospolitej wobec suwerena i stał się trwałą cechą ustroju tej republiki. Nieprzypadkowo zresztą wszystkie te zrewoltowane wobec nowożytnej koncepcji suwerenności twory polityczne w Europie zostały ostatecznie zlikwidowane w podobnym czasie, na przełomie XVIII i XIX wieku. To w tym historycznym kontekście padają znamienne słowa Adama Mickiewicza w jego Prelekcjach paryskich: “Traktat westfalski zmienia położenie wszystkich państw europejskich; pochód historyczny narodów ulega w epoce tego traktatu gwałtownej zmianie; inne pojęcia, inne dążności biorą górę. [...] Polityka, która teraz nastaje, zasadza się na egoizmie, na interesie terytorialnym; ma na swe usługi przebiegłość ministrów. Obecnie celem dążeń będzie zaokrąglanie posiadłości; będzie się szukać naturalnych granic; po raz pierwszy pada nieszczęsne słowo: nieprzyjaźnie naturalne. [...] Teraz szukać się będzie naturalnych granic między ludźmi; teraz działać się będzie tylko w imię interesów materialnych, reprezentowanych przez interes terytorialny; rozległość, ważność terytorium stawia się wyżej nad zasady moralne. [...] Po traktacie westfalskim w poglądach i umysłach społeczności europejskiej zachodzi zupełna odmiana”. Ofiarą tej “zupełnej odmiany” miały paść Federacja Szwajcarska, Święte Cesarstwo i I Rzeczpospolita.

Wiek XIX to apogeum nowożytnej koncepcji suwerenności w Europie, która przyjmuje postać terytorialnego i narodowego państwa o ustroju demokratyczno-parlamentarnym. Ale jednocześnie był to początek jej końca. Apogeum przejawiało się w kolonialnej ekspansji i absolutnym europocentryzmie. Jednak już obie wojny światowe w XX wieku pokazały, że europejski system suwerennych państw pogrąża się w niemocy. Oba konflikty, pierwotnie o wewnątrzeuropejskich przyczynach, kończyły się niezbędną do zawarcia pokoju interwencją zewnętrzną Stanów Zjednoczonych. Suwerenne państwa wciąż były w stanie wywoływać konflikty, ale najwyraźniej utraciły zdolność budowania systemu pokoju i bezpieczeństwa. Zimnowojenny podział świata między dwa mocarstwa - USA i ZSRS - właściwie przypieczętował ostatecznie całkowitą marginalizację Europy i jej suwerennych państw - tej samej Europy, która przecież niespełna sto lat wcześniej uważała się jeszcze za pępek świata.

Strukturalnie integracja europejska wcale nie powstała więc jako odpowiedź na XX-wieczne totalitaryzmy. W sensie moralnym możemy, oczywiście, tak uważać i mamy po temu prawo. Jednak strukturalnie integracja wyrasta z tego samego zjawiska kryzysu terytorialnego suwerennego państwa narodowego, z którego swe racje czerpał w XX wieku syndykalizm, faszyzm czy komunizm. W przypadku tych ideologii odpowiedzią na zjawisko rozpadu jus publicum Europaeum była masowa demokracja, idea dyktatury, w końcu także koncepcja państwa totalnego, a wreszcie… ludobójstwo. W przypadku integracji europejskiej odpowiedzią jest supranacjonalizm, schłodzenie demokracji narodowych i rządy prawa. Nie oznacza to, że samo zjawisko suwerenności odchodzi do lamusa. Zanikają jedynie jej nowożytne desygnaty, takie jak granice, terytorialność, administracyjna centralizacja. Suwerenność staje się przez to mniej dosłowna, jest bardziej ukryta i realizuje się przede wszystkim w pośredni sposób: przez żywotność tożsamości w życiu publicznym i kulturalnym, zdolność do przenikania w struktury i instytucje ponadnarodowe oraz wpływ na nie, realne możliwości ekspedycyjne w zakresie militarnym, względne bezpieczeństwo energetyczne, tworzenie własnych systemów bezpieczeństwa wewnętrznego, szczególnie w obszarze cyberprzestrzeni, danych osobowych oraz zdolności finansowych. Oznacza to więc nie tylko zachowanie wrażliwości w sprawach utrzymania suwerenności, ale również jej definiowanie od nowa adekwatnie do wyzwań nowych czasów. Podmiotowa polityka musi się więc opierać zarówno na wrażliwości w sprawach suwerenności, jak i na adekwatnym jej definiowaniu. W dalszym ciągu nie zmieniło się bowiem jedno: zachowanie suwerenności nadal jest podstawowym warunkiem wolności.

Marek Cichocki

Autor jest filozofem, redaktorem naczelnym Nowej Europy (pisma, a nie tego bloga - zbieżność nazw przypadkowa) oraz współzałożycielem Teologii Politycznej. W 2007 był negocjatorem w sprawie traktatu konstytucyjnego oraz traktatu reformującego UE.

Operacja AJAX - czy Amerykanie naprawdę kochają demokrację?

Po II wojnie światowej polityka zagraniczna USA, coraz szczelniej oplatając kolejne regiony świata, przybrała wymiar w pełni globalny. Przełożyło się to na wzmożone zainteresowanie sytuacją polityczną obcych państw przez amerykańskie służby wywiadowcze. Same służby stały się poważnym instrumentem amerykańskiej polityki. Już we wczesnych latach powojennych ośrodki decyzyjne w Waszyngtonie, dążąc do zapewnienia optymalnym warunków dla rozwoju gospodarki i bezpieczeństwa energetycznego, szukać zaczęły pewnych źródeł dostaw ropy. Na wyobraźnię amerykańskich decydentów, najbardziej oddziaływały irańskie, ogromne złoża tego surowca. Co więcej, kraj ten mógł stać się ważnym sojusznikiem osłabiającym wpływy Związku Radzieckiego w tym regionie.

Po II wojnie światowej władze w Iranie sprawował bliski sojusznik mocarstw anglosaskich, monarcha, Mohammad Reza Pahlavi. Sytuacja wydawała się, więc bardzo korzystna. Ku zdumieniu Waszyngtonu i Londynu diametralnie się ona zmieniła, gdy w 1951 roku, w demokratycznie przeprowadzonych wyborach wygrał lider nacjonalistów – demokratów, Mohammad Mossadegh. Szybko implementowana nacjonalizacja przemysłu petrochemicznego (w tym Anglo-Irańskiej Kompani Naftowej, późniejszej British Petroleum BP) i ochłodzenie wzajemnych stosunków, zrodziły pomysł zorganizowania zamachu stanu w celu ponownego przekazania pełnej władzy w ręce Rezy Pahlaviego.

Przeprowadzenie operacji

Pierwsi z pomysłem przeprowadzania operacji wystąpili Brytyjczycy, zwracając się z nim do Stanów Zjednoczonych. Początkowo, sprawujący urząd prezydenta Harry Truman odmówił, lecz w 1953 roku po wyborze na to stanowisko Dwight’a Eisenhower’a, plan został zaakceptowany. Nowy prezydent, po zapoznaniu się ze wszystkim szczegółami, wydał decyzję zezwalającą CIA na przeprowadzenie operacji obalenia legalnego rządu i przywrócenia proamerykańskiej dynastii Pahlavich.

Szefem operacji został Kermit Roosevelt Jr., doświadczony, wysokiej rangi agent CIA. Natomiast agentem odpowiedzialnym za zaplanowanie i wykonanie operacji został Donald Wilber. Miała to być pierwsza operacja, zorganizowana przez amerykańskie specsłużby, obejmująca zamach stanu w obcym państwie.

Głównym zadaniem agentów było inspirowanie i wzmacnianie powszechnego buntu przeciw władzy, korumpowanie sił bezpieczeństwa i sprowokowanie masowych wystąpień przeciw ośrodkom rządowym. Szybko nawiązano kontakty z irańską opozycją, odpowiednio ją wzmacniając i dofinansowując. Inspirowano na szeroką skalę antyrządowe akcje, angażując coraz liczniejsze gremia. Odpowiednio informowane i sterowane masy społeczeństwa zagwarantować miały wertykalną powszechność buntu. Pewność powodzenia miały zabezpieczyć specjalne jednostki, rekrutujące się z miejscowej ludności. Tak utworzone oddziały partyzanckie, w kluczowym momencie, miały wejść do akcji, przypieczętowując sukces.

Centralnym ośrodkiem spisku stała się amerykańska ambasada w Teheranie. Z tego miejsca kierowano i koordynowano cały spisek. Rola budynku ambasady urosła do roli legendy i do dziś wzbudza ogromne emocje.

Na ulicach Teheranu protestowały coraz większe pro- i antyreżimowe tłumy. W mieście zaczęło dochodzić do walk, w których życie utraciło kilkaset osób. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, a premier Mossadegh powoli zaczął tracić nad nią kontrolę. Uzbrojone grupy partyzantów zaczęły szturmować ośrodki rządowe, zaatakowana i zniszczona została rezydencja premiera. Na stronę zamachowców przechodzić zaczęła przekupiona armia. W obliczu nieuchronnej klęski Mossadegh skapitulował i 19 sierpnia 1953 roku został aresztowany. Autorytarne rządy objął amerykańsko-brytyjski pupil Reza Pahlavi. Z pomocą rezydentów brytyjskich i amerykańskich służb szybko zorganizował własną bezpiekę i systematycznie eliminował opozycję. Odnowiony też został polityczny sojusz między trzema państwami, a tak pożądana ropa, do zachodnich odbiorców, znowu zaczęła płynąć szerokim strumieniem. Pahlavi władzę sprawował aż do islamskiej rewolucji w 1979 roku.

Skutki i konkluzje

Udana operacja w Iranie przekonała amerykańskie władze do przeprowadzania tego typu akcji w przyszłości. Już rok później, miejscem, gdzie CIA przeprowadziło kolejny zamach stanu, była Gwatemala. Od tej chwili coup d’etat stały się jednym z narzędzi stosowanych przez CIA na całym świecie. Skala interwencji i bezczelność amerykańskich służb doprowadziły do ogromnego poruszenia w Iranie. Dla wielu mieszkańców tego kraju, zwłaszcza islamistów, Amerykanie, wraz ze swoim „namiestnikiem” Pahlavim, stali się bardzo szybko ucieleśnieniem wszelkiego zła i przedmiotem zaciekłych ataków. Gdy w 1979 roku obalano reżim Pahlaviego, rewolucjoniści pamiętając o roli amerykańskiej ambasady, jaką ta odegrała w 1953 roku i chcąc uchronić się przed ewentualnymi skutkami kontrdziałań amerykańskich służb specjalnych, zadecydowali o wtargnięciu na jej terytorium i okupacje. Rozpoczęła się islamska rewolucja.

Widzimy zatem, jak Amerykanie instrumentalnie traktują system demokratyczny. Ma on działać jedynie tam, gdzie jest to na rękę amerykańskiemu Imperium. Dlatego, o ile są w stanie tolerować absolutny rząd saudyjski, to już najbardziej zdemokratyzowany kraj regionu jest solą w oku dla Amerykanów. Nie tylko, ze względu na olbrzymie złoża ropy naftowej i gazu, niezależne od anglosaskiego hipermocarstwa, ale także, ze względu na strategiczne położenie.

Iran bowiem stanowi przerwę w amerykańskim łańcuchu państw-baz, ciągnącym się od Alaski po wyspy Nipponu. W razie przejęcia tam władzy przez siły proamerykańskie, stanowiłby nie tylko zamknięcie ramion otaczających Rosję, ale stałby się kolejnym miejscem eksportowania amerykańskich usług i kultury, w ramach homogenizacji świata, którego jedynym suwerenem stały się Stany Zjednoczone.

źródło: wikipedia.org, własne

Czy w Serbii tylko Cerkiew prawosławna ma cojones?

Przywódca serbskiej Cerkwi prawosławnej uważa, że Serbia powinna zmobilizować armię, uznać Kosowo za “terytorium okupowane” i je odzyskać.

Szefa sztabu generalnego generała Zdravko Ponos zadeklarował, że armia nie będzie bronić Kosowa. Biskup Artemije uznał to za hańbę. Dodał także, że Serbia powinna kupić najnowocześniejszą broń od Rosji i innych państw oraz zaapelować do Rosji o przysłanie ochotników.

Zaznaczył, że Kosowo “było i zawsze będzie serbskie”, a spodziewana lada chwila proklamacja jego niepodległości to “stan czasowej okupacji”.

Kiedy wreszcie Europa obudzi się i zareaguje na tworzenie kolejnego garnizonowego państwa, na usługach USA?

Dodajmy także, że Kosowo już teraz jest siedzibą wielu organizacji mafijnych i centrum ich działań w Europie.

Barack Obama pokonuje Hillary Clinton

Ciemnoskóry senator ze stanu Illinois Barack Obama odniósł duży sukces, wygrywając wybory wstępne Partii Demokratycznej w wszystkich trzech stanach, w których przeprowadzano je tego dnia.

Obama pokonał byłą “Pierwszą Damę”, senator ze stanu Nowy Jork panią Hillary Clinton, z którą toczy zażarty, wyrównany pojedynek o nominację Partii Demokratycznej na kandydata w listopadowych wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Obama wygrał w sobotę w położonych na północnym zachodzie USA stanach Nebraska i Waszyngton, a także w stanie Luizjana na południu, zamieszkiwanym przez liczną społeczność Afro-Amerykanów.

Trzy sobotnie sukcesy pozwoliły Obamie odrobić straty wobec jego rywalki pani Hillary Clinton, z którą praktycznie zrównał sie pod względem liczby głosów elektorskich na przyszłej konwencji Partii Demokratycznej, które zadecydują, kto będzie oficjalnym kandydatem tej partii w listopadowych wyborach prezydenckich.

Odnosząc kwestie wyborów w USA do Europy, bo tylko to nas interesuje – jeśli chodzi o wybór imperatora w USA – musimy sobie uzmysłowić, że dla nas Europejczyków, Obama jest najlepszym kandydatem na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Znaczące osłabienie neokonserwatystów, jeśli tylko polegnie McCain, jest nam jak najbardziej na rękę. Choć oczywiście nie spowoduje to natychmiastowego zwrotu amerykańskiej polityki zagranicznej, na pewno będzie prowadzić do jej stępienia i osłabienia impetu ingerencji w sprawy wszystkich krajów świata.