Archiwum tagu ‘USA’

Indie i Pakistan na skraju wojny

Przedstawiciele Stanów Zjednoczonych twierdzą, że siły powietrzne indyjskiej armii rozpoczęły przygotowania w celu ataku na Pakistan. Ma to być następstwo ostatnich zamachów w Bombaju, w których życie straciło ponad 160 osób – informuje serwis CNN.

Trzech anonimowych pracowników Pentagonu potwierdziło te rewelacje telewizji CNN. Powiedzieli oni, że siły powietrzne Indii zostały postawione w stan gotowości. Oznacza to, ze Pakistan i Indie znalazły się jeszcze bliżej wojny, niż wcześniej przewidywali eksperci od stosunków regionalnych.

Według przedstawicieli Pentagonu, Indie zamierzają podjąć akcję zbrojną przeciwko obozom terrorystów znajdujących się na terytorium Pakistanu. Amerykanie, dowiedziawszy się o tych przygotowaniach, próbowali skłonić władze Indii do porzucenia tego pomysłu, lecz próby te nie przyniosły żadnego skutku.

Komandor Mahesh Upasani, rzecznik indyjskiej armii, nie chciał skomentować doniesień CNN.

Julius Evola: „Cywilizacja” amerykańska

Niedawno tragicznie zmarły John Dewey obwołany został przez amerykańską prasę osobowością najbardziej reprezentatywną dla cywilizacji amerykańskiej. Całkiem słusznie. W jego teoriach odnajdziemy wizje człowieka i egzystencji stanowiącą podstawę amerykanizmu i tamtejszej „demokracji”.

Istota jego rozważań polega na założeniu, że każdy w granicach wyznaczonych przez środki technologiczne, jakimi dysponuje, może stać się tym, kim chce być. Zatem jednostka nie jest zdeterminowana przez prawdziwą naturę swej osobowości; nie istnieją różnice między ludźmi, a jedynie różnice w ich kwalifikacjach. Z teorii tej wynika, że można zostać kim się chce pod warunkiem odpowiedniego przeszkolenia.

Właśnie tak przedstawia się koncepcja self-made-mana (człowieka samokreującego się – przyp.tłum.); w społeczeństwie, które zerwało wszelkie więzi z tradycją, motyw kariery osobistej przejawia się w każdym aspekcie ludzkiej egzystencji, posiłkując się egalitarną doktryną totalnej demokracji. Jeśli przyjąć zasadnicze elementy tej idei, konieczne jest zanegowanie wszelkiej naturalnej różnorodności. Każda jednostka może wówczas rościć pretensje do przejęcia potencjału kogokolwiek innego, a pojęcia „lepszy” i „gorszy” tracą znaczenie; traci sens wszelki dystans i szacunek, dopuszczalny jest wybór każdego stylu życia. Koncepcjom organicznym ludzkiego życia Amerykanie przeciwstawiają koncepcje mechanicystyczne. W społeczeństwie, które „zaczynało od zera”, wszystko nosi znamiona sztuczności. W społeczeństwie amerykańskim o wizerunku nie stanowi twarz, lecz maska. Jednocześnie wielbiciele amerykańskiego stylu życia są wrogo nastawieni wobec osobowości.
Przypisywana Amerykanom jako zaleta „otwartość umysłu” stanowi odbicie ich wewnętrznej nijakości. Podobnie sprawa wygląda z ich „indywidualizmem”. Indywidualizm i osobowość to dwie różne rzeczy: ten pierwszy należy do bezkształtnego świata ilości, zaś osobowość znajduje się w domenie jakości i hierarchii. Amerykanie są żywym zaprzeczeniem kartezjańskiego „myślę, więc jestem”: nie myślą, a mimo to są. Ich prymitywnym umysłom brak charakterystycznego rysu, co sprawia, iż podatni są na wszelkie formy standaryzacji.
W cywilizacjach wyższego rzędu, na przykład w indoaryjskiej, istotę pozbawioną własnej osobowości i przynależności kastowej (w prawdziwym znaczeniu tego terminu) zaliczono by nawet nie do sług czy siudrów, lecz do szeregu pariasów. W pewnym sensie Ameryka jest ojczyzną pariasów. Jednak pariasi mają też swoją rolę. Jest nią podporządkowanie się istotom posiadającym osobowość i kierującym się ściśle określonymi prawami. Tymczasem nasi współcześni pariasi uzurpują sobie prawo do dominacji i rozciągają swą władzę nad całym światem.

Szeroko rozpowszechniony jest pogląd, jakoby Stany Zjednoczone były „młodym państwem z wielką przyszłością”. Oczywiste ułomności składa się na karb „młodzieńczych błędów” i „porodowych bólów”. Nietrudno dostrzec jak znaczącą rolę w takich osądach odgrywa mit „postępu”. Zgodnie z przekonaniem, iż to, co nowe, musi być lepsze, mówi się o kluczowej roli Ameryki pośród cywilizowanych państw. Stany Zjednoczone wystąpiły zatem w I wojnie światowej w imieniu „cywilizowanego świata” par excellence. „Najbardziej rozwinięty” naród ma przecież nie tylko prawo, ale i obowiązek interweniowania w sprawach innych ludów.

Jednak dzieje ludzkości przebiegają nie w sposób ewolucyjny, lecz cykliczny. Najmłodsze cywilizacje nie są więc, bynajmniej, „najlepsze”. W praktyce mogą być nawet starcze i zepsute. Pomiędzy najbardziej zaawansowanymi a najprymitywniejszymi etapami dziejowego rozwoju istnieją określone zależności. Ameryka obrazuje schyłkową epokę wspólczesnej Europy. Guenon określił Stany Zjednoczone mianem „Dalekiego Zachodu”, pragnąc zaznaczyć, iż reprezentują one reductio ad absurdum najbardziej negatywnych i starczych aspektów cywilizacji zachodniej. Zaczątki symptomów rozkładu, kulturowego i człowieczego regresu występującego w śladowej formie w Europie, odnaleźć można w dużym powiększeniu i stężeniu w Ameryce. Mentalność amerykańska to nic innego, jak przykład procesu regresji objawiającej się atrofią zainteresowania dziedziną ducha i niezrozumieniem wyższych poziomów percepcji. Umysł amerykański ogranicza swe horyzonty do spraw doczesnych i elementarnych, co prowadzi do postrzegania świata w sposób banalny, uproszczony i przyziemny, aż do zaniku życia duchowego. Istnienie redukowane jest do kategorii czysto mechanicznych. Samoświadomość sprowadza się wyłącznie do wymiaru cielesnego. Typowy Amerykanin nie zna duchowych rozterek i dylematów: jest „urodzonym” klakierem i konformistą.

Porównanie prymitywnego umysłu amerykańskiego do umysłu młodego jest z gruntu fałszywe. Amerykańska umysłowość charakteryzuje się cechami społecznego regresu, o czym już wspominałem.

Amerykańska moralność

Ukazywany w filmach, dokumentach i reklamówkach, głoszony wszem i wobec powab amerykańskich kobiet polega w dużej mierze na fałszu. Przeprowadzone niedawno w Stanach Zjednoczonych badania lekarskie dowiodły, iż tamtejsze młode przedstawicielki płci żeńskiej pozbawione są seksualnego pożądania; miast zaspokojenia swego libido, uciekają w narcystyczny ekshibicjonizm, próżność oraz kult zdrowia i siły w bardzo sterylnym wydaniu. Amerykańskie dziewczyny „nie mają zahamowań w sprawach seksu”; są „łatwe” wobec mężczyzn, dla których stosunek płciowy jest celem samym w sobie i nie wiąże się z niczym więcej. To dlatego po wizycie w kinie czy na potańcówce dziewczyna bez oporów pozwala się całować – nic to dla nie znaczy. Amerykanki charakteryzują się niebywałym chłodem uczuć i materializmem. Mężczyzna, który „wiąże się” z którąś z nich, zobowiązuje się do jej utrzymania. Materia to domena kobiety! Oto dowody. W przypadku rozwodów amerykańskie prawo zdecydowanie faworyzuje kobiety. Dlatego chętnie występują one o rozwód, gdy tylko dostrzegą perspektywę większego zysku. Często zdarza się, że planująca zamążpójście kobieta jest już „zaręczona” z następnym przyszłym mężem, którego ma zamiar poślubić po intratnym rozwodzie z poprzednim.

„Nasze” amerykańskie media

Amerykanizacja w Europie zatacza coraz szersze kręgi i nie da się jej zakwestionować. W powojennych Włoszech jej fala gwałtownie rośnie i spotyka się z entuzjazmem, a przynajmniej z akceptacją, większości społeczeństwa. Pisałem już kiedyś, że z dwóch wielkich niebezpieczeństw zagrażających Europie – amerykanizmu i komunizmu – pierwsze z nich jest bardziej zdradliwe. Zagrożenie komunistyczne przybiera bowiem formę brutalną i katastrofalną; oznacza bezpośrednie przejęcie władzy przez komunistów. Tymczasem amerykanizacja postępuje metodą stopniowej indoktrynacji, wiążącej się ze zmianami mentalności i przekształceniami na poziomie drugorzędnej sfery obyczajowości, czego skutkiem jest zasadniczy przewrót i rozkład, którym przeciwdziałać można tylko prowadząc walkę wewnętrzną.

Właśnie ta wewnętrzna batalia kończy się dla większości Włochów przegraną. Zapominając o własnym dziedzictwie kulturowym, zwracają się ku Stanom Zjednoczonym widząc w nich opiekuńczego przewodnika po świecie. Każdy, kto chce uchodzić za nowoczesnego, powinien przystawać do amerykańskich standardów. Widok tak poniżającego się kraju europejskiego jest żałosny. Ów podziw dla Ameryki nie ma przecież nic wspólnego z kulturalnym zainteresowaniem sposobem życia innych ludzi. Przeciwnie, serwilizm wobec Stanów Zjednoczonych prowadzi do przekonania, że żaden inny styl życia nie może równać się amerykańskiemu.

Nasze rozgłośnie radiowe uległy amerykanizacji. Nie zważając na jakiekolwiek kryteria wartościowania, podążają za modnymi tematami chwili i badają rynek zagadnień „akceptowanych” – preferowanych przez najbardziej zamerykanizowaną część odbiorców, a zatem zbiór najgorszych degeneratów. Pozostałym nie zostawia się możliwości wyboru. Amerykanizacji uległ nawet styl radiowych prezenterów. „Czy po wysłuchaniu amerykańskiej audycji w radiu można uniknąć przerażenia, gdy nagle zdajemy sobie sprawę, że jedynym ratunkiem przed komunizmem jest amerykanizowanie się?” Nie są to słowa jakiegoś europejskiego obserwatora, lecz amerykańskiego socjologa, profesora Uniwersytetu w Princeton, Jamesa Burnhama. Takie zdanie wypowiedziane przez Amerykanina powinno okryć włoskich radiowców rumieńcem wstydu.

Skutkiem demokracji po hasłem „pilnuj swoich interesów” jest zaczadzenie większej części społeczeństwa, które nie potrafi dokonywać samodzielnych wyborów, i które, gdy brak mu przewodniej siły ideału, niezwykle łatwo traci poczucie tożsamości.

Ład przemysłowy w Ameryce

W swej klasycznej rozprawie o kapitalizmie Werner Sombart określił późne stadium formacji kapitalistycznej przysłowiem fiat producto, pareat homo. W tej skrajnej formie kapitalizm sprowadza wartość człowieka wyłącznie do wartości produkowanych przez niego dóbr, bądź wynalezionych przezeń środków produkcji. Doktryny socjalistyczne wyrosły właśnie z uwagi na ten brak uwzględnienia czynnika ludzkiego.

Początek nowego etapu miał miejsce właśnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie pojawił się wzrost zainteresowania tzw. stosunkami pracy. Choć mogło się wydawać, iż przyniesie to poprawę sytuacji, w rzeczywistości było to zjawisko szkodliwe. Przedsiębiorcy i pracodawcy zwrócili uwagę na znaczenie czynnika ludzkiego w ekonomii produkcji; doszli do wniosku, że błędem jest nieprzywiązywanie wagi do jednostki stanowiącej część systemu industrialnego; do jej motywacji, uczuć, dnia powszedniego. W ten sposób pojawiła się odrębna dyscyplina naukowa badająca reakcje międzyludzkie w przemyśle w oparciu o behawioryzm. Zwięzłej analizy zachowań i motywacji pracowników dostarczyła m.in. praca B.Gardnera i G.Moore’a pt. „Stosunki międzyludzkie w przemyśle” (ang. „Human Relations in Industry), której wyraźnym celem było określenie skutecznych środków prowadzących do wyeliminowania przeszkód na drodze do maksymalizacji produkcji. Publikacje takie z pewnością pojawiły się z inspiracji menedżerów, wspomaganych przez akademickich ekspertów. Analizy socjologiczne uwzględniają nawet nastroje społeczne pracowników. Badania te mają znaczenie praktyczne; rola psychicznego komfortu pracownika jest równie istotna, jak zachowanie jego dobrej kondycji fizycznej. W przypadku, gdy pracownik wykonuje pracę monotonną, która nie wymaga od niego większej koncentracji, nauka przestrzega przed „zagrożeniem”, że jego myśli mogą pójść w kierunku, który niekorzystnie odbije się na wynikach pracy.

Nie zapomina się też o życiu prywatnym pracownika – pojawiło się tzw. doradztwo personalne. Do zadań specjalistów. Do zadań specjalistów należy rozwiewanie lęków i obaw, rozwiązywanie problemów psychicznych i „kompleksów utrudniających adaptację”, a nawet doradztwo w sprawach najbardziej osobistych. Do wykorzystywanych technik psychoanalitycznych należy nakłonienie pacjenta do ”otwartej rozmowy”, której wynikiem ma być swoiste katharsis zwieńczone ulgą.

Wszystko to nie ma związku z duchowym doskonaleniem czy jakimikolwiek rzeczywistymi ludzkimi problemami w rozumieniu Europejczyka, nawet obecnego „wieku ekonomii”. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny człowiek traktowany jest jak dzika bestia, a posłuszeństwo wymusza się terrorem i głodem. W Stanach Zjednoczonych człowiek jest również postrzegany w kategoriach pracy i konsumpcji, przy czym nie pomija się aspektów jego życia wewnętrznego – wszystko znajduje się pod pełną kontrolą. Na tej „ziemi obiecanej” każdemu, nawet przeciętnemu człowiekowi sugeruje się, iż osiągnął stopień szczęśliwości, o którym marzyły całe pokolenia. W ten sposób zapomina kim jest, skąd pochodzi, i zatapia się bez reszty w teraźniejszości.

Amerykańska demokracja przemysłowa

Pomiędzy deklarowanymi zasadami dominującej ideologii politycznej, a rzeczywistymi strukturami gospodarczymi Stanów Zjednoczonych występuje znaczna i stale powiększająca się rozbieżność. Powyższe zjawisko należy do dziedziny „morfologii gospodarczej”. Wyniki badań wskazują, że amerykańska gospodarka daleka jest od modelu lansowanego przez propagandę; ideału demokratycznego. Gospodarka Stanów Zjednoczonych ma strukturę „piramidy”. Posiada określoną hierarchię. Wielkie przedsiębiorstwa są kierowane i zorganizowane w sposób podobny, jak rządowe ministerstwa. Posiadają ciała koordynacyjne i kontrolne, które izolują warstwę kierowniczą od mas pracowniczych. Zamiast dążyć do większej elastyczności w dziedzinie społecznej, „elita menedżerska” (Burnham) staje się coraz bardziej autokratyczna – rzecz nie bez związku z amerykańską polityką zagraniczną.
Taki jest zmierzch kolejnej amerykańskiej iluzji. Ameryka: „kraj równych szans”, gdzie każdy może dojść do wymarzonej pozycji, kraj, w którym z nędzarza można stać się bogaczem. Na początku była to „ziemia otwarta po horyzont” dla każdego, kto chciał na nią przybyć. Gdy jej zabrakło, nową granicą ekspansji stał się pozornie nieograniczony potencjał przemysłu i handlu. Jak twierdzą Gardner, Moore i wielu innych, potencjał przestał być nieograniczony, a pole manewru staje się coraz skromniejsze. Biorąc pod uwagę stale rosnącą specjalizację pracy w procesie produkcyjnym i wzrastający nacisk na kwalifikacje, ugruntowana dotąd w Amerykanach wiara, że każde kolejne pokolenie „zajdzie wyżej” niż poprzednicy, staje się coraz bardziej bezpodstawna. Oznacza to, iż w tzw. politycznej demokracji amerykańskiej siła i potencjał ziemi, czyli gospodarka i przemysł, zarządzane są w sposób niedemokratyczny. Rodzi się zatem pytanie: czy rzeczywistość ma być kształtowana zgodnie z oczekiwaniami ideologii, czy vice versa? Do niedawna przeważała pierwsza z tych opcji; niektórzy nawołują do przywrócenia „prawdziwej Ameryki” nieskrępowanej przedsiębiorczości i autonomii jednostki wobec władz centralnych. Są wszakże tacy, którzy woleliby ograniczenia demokracji i przystosowania rzeczywistości politycznej do realiów gospodarczych. Jeśli w ten sposób opadłaby maska amerykańskiego „demokratyzmu”, stałoby się wreszcie jasne, do jakiego stopnia ta „demokracja” była tylko narzędziem w rękach oligarchii stosującej niejawną strategię, zapewniając sobie w ten sposób pole do nadużyć i oszustw na wielką skalę wobec tych, którzy akceptują system, gdyż dostrzegają w nim sprawiedliwość. Kwestia „demokracji” w Stanach Zjednoczonych może w przyszłości doprowadzić do paru interesujących wniosków.

Julius Evola

Rzeczpospolita mocarstwem środkowoeuropejskim?

Przynajmniej tak rzecze politolog George Friedman w rozmowie z “Rzeczpospolitą”, który uważa, że do osaczenia Rosji, potrzebna jest odrodzona nowa “I Rzeczpospolita”, która miałaby się stać głównym przeciwnikiem Rosji, a w przyszłości Turcji w Europie. Stanęłaby na czele państw środkowoeuropejskich i przejęłaby rolę, spełnianą przez RFN podczas III wojny światowej, zwanej też „zimną wojną”. Pełniłaby rolę podobną do tej, którą spełnia Izrael na Bliskim Wschodzie. Oczywiści miałaby być pierwszym pitbullem USA w Europie, czego nie omieszkał zaakcentować Friedman, mówiąc wprost, że nie mamy wyboru i musimy iść drogą, którą wyznaczą nam Stany.

Jak wiadomo autor tego bloga ma inklinacje euroimperialne, no ale skoro nie ma czego się lubi, to się lubi co się ma. Nie pogardzę zatem odrodzeniem I Rzeczpospolitej. ;)

David Petraeus – Dux Imperium

55-letni Petraeus przekazał dowództwo wojsk w Iraku swemu zastępcy, generałowi Raymondowi Odierno. Wielu ekspertów wojskowych twierdzi, że Irak opuszcza jedyny dowódca, który odniósł zwycięstwo w „wojnie z terroryzmem”. – Petraeusa można porównać do generała Eisenhowera, który wyzwolił Europę. Oczekuję, że – podobnie jak Eisenhower – będzie kandydował na prezydenta USA – mówi „Rz” Paul Beaver, ekspert Komisji Obrony brytyjskiej Izby Gmin.

Inni oponują. – Nie można powiedzieć, że to Petraeus ustabilizował Irak. Po prostu trafił tam we właściwym momencie – uważa prof. Gareth Stansfield z think-tanku Chatham House, cytowany przez „The Telegraph”.Na swoje „5 minut” w Iraku Petraeus ciężko harował przez wiele lat. Ukończył akademię West Point w 1970 roku, w czasie amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Porażka Amerykanów skłoniła go do studiów nad zasadami wojny partyzanckiej. Napisał o niej dwie opasłe prace. Podczas ćwiczeń uległ dwóm poważnym wypadkom – otrzymał postrzał w pierś, i połamał sobie miednicę, skacząc na spadochronie.

Podczas inwazji na Irak w 2003 roku dowodził 101. Dywizją Powietrzną, która zajęła święte miasto szyitów Nadżaf. Sprawując władzę nad miastem, zrozumiał, że Amerykanie mają za mało żołnierzy, by kontrolować kraj, a sytuację pogarsza jeszcze zlikwidowanie przez nich z dnia na dzień saddamowskiej administracji. – W odróżnieniu od większości dowódców USA pojął, że działania militarne muszą być równoważone politycznymi – mówi Beaver.

Latem 2006 roku, gdy co miesiąc ginęło w Iraku 2,5 tysiąca cywilów, prezydent George W. Bush nakazał wojsku opracować nową strategię. Kilka miesięcy później nad Zatokę Perską przybyło 30 tysięcy nowych żołnierzy, a dowodzenie całą armią powierzono Petraeusowi.

– Musimy żyć z ludźmi, których mamy chronić – mówił żołnierzom generał. Żołnierze, którzy mieli teraz pełnić potrójną rolę „wojownika-budowniczego-dyplomaty”, zostali wysłani na ulice irackich miast we wspólnych patrolach z Irakijczykami. Szczęśliwie dla Petrae-usa ta nowa taktyka zbiegła się ze zmianą nastrojów w irackim społeczeństwie. Generał dostrzegł, że świeccy sunnici są coraz bardziej przerażeni fanatyzmem islamskich bojowników. Wyciągnął rękę do sunnickich przywódców i zaczął uzbrajać plemiona, które zadeklarowały chęć samoobrony przed rebeliantami. Zrozumiał też, że opór sunnitów wobec Amerykanów wynika z ich obaw przed zdominowaniem przez wspieraną przez USA szyicką większość.Według prof. Stansfielda, generał po prostu pojawił się w Iraku w momencie, gdy sytuacja zaczęła się poprawiać: – Konflikt między szyitami a sunnitami wygasał, a różne, zawarte wcześniej ugody polityczne, zaczęły przynosić owoce – mówi.

W ubiegłym miesiącu w Iraku poległo 22 Amerykanów, w maju 2007 – 126. Niezależnie od jego wkładu w poprawę sytuacji, generał Petraeus zbiera dziś owoce swojej służby. Awansował na szefa naczelnego dowództwa i będzie prowadził „wojnę z terroryzmem” na wszystkich frontach – od Somalii po Pakistan. Wielu republikanów oczekuje, że w wypadku porażki Johna McCaina za cztery lata generał zmierzy się z demokratą w wyścigu do Białego Domu. – Pojedynek Obama – Petraeus byłby fascynujący – mówi Paul Beaver.

rzepa.pl

Blackwater: Shadow Army

Blackwater Worldwide, poprzednio Blackwater USA, jest prywatną firmą wojskową założoną w 1997 r. przez Erika Prince’a i Ala Clarka. Firma jest alternatywnie nazywana firmą najemniczą lub ochroniarską. Siedziba Blackwater jest położona w USA w stanie Karolina Północna, gdzie funkcjonuje największy taktyczny obiekt treningowy na świecie. Firma szkoli więcej niż 40 000 ludzi rocznie, z wielu wojskowych służb oraz innych, różnorodnych agencji.

Blackwater jest obecnie największym z trzech prywatnych przedsiębiorstw z Departamentu Stanu USA, mającym 987 klientów, z czego 744 to obywatele Stanów Zjednoczonych. Co najmniej 90 procent dochodów pochodzi z rządowych kontraktów a dwie trzecie z nich to tzw. kontrakty no-bid czyli takie, do których realizacji została wybrana tylko jedna firma ze względu na doświadczenie w tej dziedzinie.

Niektóre zachowania firmy budzą kontrowersje ze względu na działania jej pracowników.

Blackwater jest obecnie zakontraktowana przez rząd Stanów Zjednoczonych do zapewniania usług bezpieczeństwa na wojnie w Iraku.

W październiku 2007, Blackwater USA zmieniło nazwę na Blackwater Worldwide.

Co ciekawe, założyciel i szef Blackwater – Erik Prince – jest katolikiem związany z konserwatywnym skrzydłem Kościoła, zresztą dzięki jego zmarłej na raka żonie, podczas gdy reszta rodziny należy do sekty protestanckiej. Należy dodać, że większość kierownictwa Blackwater stanowią katolicy.

Erik Prince sam jest byłym żołnierzem elitarnej jednostki Navy Seals. Podobno był on najbogatsza osoba, jaka kiedykolwiek służyła w amerykańskich silach specjalnych. Uczestniczył w akcjach wojskowych na Haiti, w Bośni i w regionie Morza Śródziemnego.

Po śmierci ojca i żony, kiedy musiał odejść z „Fok”, założył własne, prywatne siły zbrojne. Na ten cel przeznaczył 1,2 mld dolarów, które uzyskał ze sprzedaży firmy ojca.

Zasadnicze pytanie brzmi, kiedy takie firmy zaczną zdobywać dla siebie własne niezależne bazy lub też czy pójdą one w kierunku “pretorianizacji” i staną się osobistą strażą i prywatną armią władców Stanów Zjednoczonych i Europy.

Pytanie to jest na czasie, zwłaszcza, że nawet a USA mamy do czynienia z krytyką działań „agencji kondotierskich”.

“Niewidzialny” myśliwiec stealth fighter zestrzelony nad Londynem!

pap

Jak już informowaliśmy, około godz. 8.08 (czasu Greenwich) amerykańskie lotnictwo usiłowało dokonać prowokacyjnego przelotu nad stolicą Wielkiej Brytanii, celem wywarcia presji na członków Parlamentu. Posłowie Izby Gmin mieli obradować dziś nad zgłoszonym przez laburzystów projektem znacjonalizowania zakładów przemysłu spożywczego, w którym duże udziały mają inwestorzy z USA.

Obrona przeciwlotnicza stolicy Albionu stanęła na wysokości zadania, reagując z zaskakującą bezwzględnością (zob. filmowy zapis dramatu sporządzony przez turystów z Niemiec).

Operacja AJAX – czy Amerykanie naprawdę kochają demokrację?

Po II wojnie światowej polityka zagraniczna USA, coraz szczelniej oplatając kolejne regiony świata, przybrała wymiar w pełni globalny. Przełożyło się to na wzmożone zainteresowanie sytuacją polityczną obcych państw przez amerykańskie służby wywiadowcze. Same służby stały się poważnym instrumentem amerykańskiej polityki. Już we wczesnych latach powojennych ośrodki decyzyjne w Waszyngtonie, dążąc do zapewnienia optymalnym warunków dla rozwoju gospodarki i bezpieczeństwa energetycznego, szukać zaczęły pewnych źródeł dostaw ropy. Na wyobraźnię amerykańskich decydentów, najbardziej oddziaływały irańskie, ogromne złoża tego surowca. Co więcej, kraj ten mógł stać się ważnym sojusznikiem osłabiającym wpływy Związku Radzieckiego w tym regionie.

Po II wojnie światowej władze w Iranie sprawował bliski sojusznik mocarstw anglosaskich, monarcha, Mohammad Reza Pahlavi. Sytuacja wydawała się, więc bardzo korzystna. Ku zdumieniu Waszyngtonu i Londynu diametralnie się ona zmieniła, gdy w 1951 roku, w demokratycznie przeprowadzonych wyborach wygrał lider nacjonalistów – demokratów, Mohammad Mossadegh. Szybko implementowana nacjonalizacja przemysłu petrochemicznego (w tym Anglo-Irańskiej Kompani Naftowej, późniejszej British Petroleum BP) i ochłodzenie wzajemnych stosunków, zrodziły pomysł zorganizowania zamachu stanu w celu ponownego przekazania pełnej władzy w ręce Rezy Pahlaviego.

Przeprowadzenie operacji

Pierwsi z pomysłem przeprowadzania operacji wystąpili Brytyjczycy, zwracając się z nim do Stanów Zjednoczonych. Początkowo, sprawujący urząd prezydenta Harry Truman odmówił, lecz w 1953 roku po wyborze na to stanowisko Dwight’a Eisenhower’a, plan został zaakceptowany. Nowy prezydent, po zapoznaniu się ze wszystkim szczegółami, wydał decyzję zezwalającą CIA na przeprowadzenie operacji obalenia legalnego rządu i przywrócenia proamerykańskiej dynastii Pahlavich.

Szefem operacji został Kermit Roosevelt Jr., doświadczony, wysokiej rangi agent CIA. Natomiast agentem odpowiedzialnym za zaplanowanie i wykonanie operacji został Donald Wilber. Miała to być pierwsza operacja, zorganizowana przez amerykańskie specsłużby, obejmująca zamach stanu w obcym państwie.

Głównym zadaniem agentów było inspirowanie i wzmacnianie powszechnego buntu przeciw władzy, korumpowanie sił bezpieczeństwa i sprowokowanie masowych wystąpień przeciw ośrodkom rządowym. Szybko nawiązano kontakty z irańską opozycją, odpowiednio ją wzmacniając i dofinansowując. Inspirowano na szeroką skalę antyrządowe akcje, angażując coraz liczniejsze gremia. Odpowiednio informowane i sterowane masy społeczeństwa zagwarantować miały wertykalną powszechność buntu. Pewność powodzenia miały zabezpieczyć specjalne jednostki, rekrutujące się z miejscowej ludności. Tak utworzone oddziały partyzanckie, w kluczowym momencie, miały wejść do akcji, przypieczętowując sukces.

Centralnym ośrodkiem spisku stała się amerykańska ambasada w Teheranie. Z tego miejsca kierowano i koordynowano cały spisek. Rola budynku ambasady urosła do roli legendy i do dziś wzbudza ogromne emocje.

Na ulicach Teheranu protestowały coraz większe pro- i antyreżimowe tłumy. W mieście zaczęło dochodzić do walk, w których życie utraciło kilkaset osób. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, a premier Mossadegh powoli zaczął tracić nad nią kontrolę. Uzbrojone grupy partyzantów zaczęły szturmować ośrodki rządowe, zaatakowana i zniszczona została rezydencja premiera. Na stronę zamachowców przechodzić zaczęła przekupiona armia. W obliczu nieuchronnej klęski Mossadegh skapitulował i 19 sierpnia 1953 roku został aresztowany. Autorytarne rządy objął amerykańsko-brytyjski pupil Reza Pahlavi. Z pomocą rezydentów brytyjskich i amerykańskich służb szybko zorganizował własną bezpiekę i systematycznie eliminował opozycję. Odnowiony też został polityczny sojusz między trzema państwami, a tak pożądana ropa, do zachodnich odbiorców, znowu zaczęła płynąć szerokim strumieniem. Pahlavi władzę sprawował aż do islamskiej rewolucji w 1979 roku.

Skutki i konkluzje

Udana operacja w Iranie przekonała amerykańskie władze do przeprowadzania tego typu akcji w przyszłości. Już rok później, miejscem, gdzie CIA przeprowadziło kolejny zamach stanu, była Gwatemala. Od tej chwili coup d’etat stały się jednym z narzędzi stosowanych przez CIA na całym świecie. Skala interwencji i bezczelność amerykańskich służb doprowadziły do ogromnego poruszenia w Iranie. Dla wielu mieszkańców tego kraju, zwłaszcza islamistów, Amerykanie, wraz ze swoim „namiestnikiem” Pahlavim, stali się bardzo szybko ucieleśnieniem wszelkiego zła i przedmiotem zaciekłych ataków. Gdy w 1979 roku obalano reżim Pahlaviego, rewolucjoniści pamiętając o roli amerykańskiej ambasady, jaką ta odegrała w 1953 roku i chcąc uchronić się przed ewentualnymi skutkami kontrdziałań amerykańskich służb specjalnych, zadecydowali o wtargnięciu na jej terytorium i okupacje. Rozpoczęła się islamska rewolucja.

Widzimy zatem, jak Amerykanie instrumentalnie traktują system demokratyczny. Ma on działać jedynie tam, gdzie jest to na rękę amerykańskiemu Imperium. Dlatego, o ile są w stanie tolerować absolutny rząd saudyjski, to już najbardziej zdemokratyzowany kraj regionu jest solą w oku dla Amerykanów. Nie tylko, ze względu na olbrzymie złoża ropy naftowej i gazu, niezależne od anglosaskiego hipermocarstwa, ale także, ze względu na strategiczne położenie.

Iran bowiem stanowi przerwę w amerykańskim łańcuchu państw-baz, ciągnącym się od Alaski po wyspy Nipponu. W razie przejęcia tam władzy przez siły proamerykańskie, stanowiłby nie tylko zamknięcie ramion otaczających Rosję, ale stałby się kolejnym miejscem eksportowania amerykańskich usług i kultury, w ramach homogenizacji świata, którego jedynym suwerenem stały się Stany Zjednoczone.

źródło: wikipedia.org, własne

Barack Obama pokonuje Hillary Clinton

Ciemnoskóry senator ze stanu Illinois Barack Obama odniósł duży sukces, wygrywając wybory wstępne Partii Demokratycznej w wszystkich trzech stanach, w których przeprowadzano je tego dnia.

Obama pokonał byłą “Pierwszą Damę”, senator ze stanu Nowy Jork panią Hillary Clinton, z którą toczy zażarty, wyrównany pojedynek o nominację Partii Demokratycznej na kandydata w listopadowych wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Obama wygrał w sobotę w położonych na północnym zachodzie USA stanach Nebraska i Waszyngton, a także w stanie Luizjana na południu, zamieszkiwanym przez liczną społeczność Afro-Amerykanów.

Trzy sobotnie sukcesy pozwoliły Obamie odrobić straty wobec jego rywalki pani Hillary Clinton, z którą praktycznie zrównał sie pod względem liczby głosów elektorskich na przyszłej konwencji Partii Demokratycznej, które zadecydują, kto będzie oficjalnym kandydatem tej partii w listopadowych wyborach prezydenckich.

Odnosząc kwestie wyborów w USA do Europy, bo tylko to nas interesuje – jeśli chodzi o wybór imperatora w USA – musimy sobie uzmysłowić, że dla nas Europejczyków, Obama jest najlepszym kandydatem na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Znaczące osłabienie neokonserwatystów, jeśli tylko polegnie McCain, jest nam jak najbardziej na rękę. Choć oczywiście nie spowoduje to natychmiastowego zwrotu amerykańskiej polityki zagranicznej, na pewno będzie prowadzić do jej stępienia i osłabienia impetu ingerencji w sprawy wszystkich krajów świata.

Elektryczny okręt

Amerykańscy naukowcy z University of Buffalo współpracują z Marynarką Wojenną USA nad stworzeniem okrętu wojennego napędzanego w całości energią elektryczną. Jeśli się to uda, będziemy świadkami przełomu w morskich technikach wojennych.

Energia elektryczna miałaby być produkowana przez pokładową elektrownię i rozsyłana po całej jednostce. Obecnie stosowane systemy nie pozwalają na dostarczenie energii elektrycznej do każdej części okrętu. Dlatego też nie jest możliwe swobodne umieszczanie dowolnych czujników i systemów broni, gdyż potrzebują one wielkich ilości energii.

Jeśli z kolei dostarczenie wystarczających ilości energii stanie się możliwe, to większość operacji wykonywanych obecnie na okrętach wojennych przez ludzi będzie można zautomatyzować. To z kolei pozwoli na znaczne zmniejszenie załogi. Marynarka Wojenna ocenia, że podczas gdy obecnie załoga nowoczesnych okrętów wojennych liczy tysiące marynarzy, to całkowicie elektrycznej jednostce wystarczyłaby 100-osobowa załoga. Dzięki mniejszej liczbie marynarzy oraz lepiej wykorzystanej przestrzeni, okręty będzie można wyposażyć w dodatkowe urządzenia.

Pierwsze w pełni zautomatyzowane dzięki energii elektrycznej okręty mają powstać już w 2012 roku.

znalezione na: interia.pl